Oto subiektywny blog i videoblog literacki! Kto czyta, żyje podwójnie, więc dlaczego nie korzystać z tej szansy? Zapraszam na wspólną podróż do świata literatury! :)

sobota, 18 marca 2017

"Bezsenność" - Monika Siuda [Recenzja 86.]

Witajcie Moi Drodzy!

Wiecie, co jest najgorsze w życiu książkoholika? Zawieść się na książce, od której oczekiwało się bardzo dużo. Gdy magazyn „POCISK” zaproponował mi zrecenzowanie pierwszej powieści w nowej serii kryminałów, bardzo się ucieszyłem – magazyn lubię i regularnie go czytam. Dla mnie „POCISK” to już marka – świetne, dobrze opracowane artykuły i wywiady, interesujące wiadomości z zakresu kryminalistyki, mroczne, intrygujące opowiadania kryminalne pisane przez najlepszych polskich autorów kryminałów. Dlatego z radością spoglądałem w stronę „Bezsenności” Moniki Siudy, pewien, że co jak co, ale „POCISK” nie podpisałby się pod żadnym książkowym „bublem”. A potem zacząłem czytać… i to był, niestety, błąd, bo wolałbym pozostać w błogiej nieświadomości…


Lidia, bogata właścicielka antykwariatu, cierpi na bezsenność – co noc męczy ją koszmar, od którego nie może się uwolnić. Jej poznana przez Internet przyjaciółka umawia Lidię na wizytę u terapeuty, z nadzieją, że to pomoże rozwiązać problem. Tymczasem na ulicy zaczepia kobietę obcy mężczyzna, twierdząc, że jest jej bratem. Niestety nie ma szansy wyjaśnić, o co dokładnie mu chodzi, bo zostaje zastrzelony… Z tym wątkiem splata się także historia dwóch policjantów, którzy zafascynowani starymi sprawami kryminalnymi zaczynają szperać w policyjnym archiwum. To, co tam odnajdą, zmieni nie tylko ich życie… Brzmi ciekawie? Niestety, na tym się kończy.

Nawet nie wiem, od czego zacząć. Może od bardzo słabego języka, bo on pierwszy rzuca się w oczy. Koszmarnie drętwe dialogi. Mnóstwo niezręczności, błędów stylistycznych, składniowych i każdych innych. Jeśli mam być zupełnie szczery, to ta książka właściwie nadaje się do przepisania przez kogoś, kto sprawnie posługuje się (literackim!) językiem polskim. Ja wiem, że nie jest to rola redaktora i korektora, bo oni mają wspomóc autora i wygładzić przesłany przez niego tekst, ewentualnie służyć radą, a nie przepisywać książkę, ale ten tekst redakcji chyba nie widział. Błędy ortograficzne i literówki (w ilości znacznie przekraczającej dozwoloną), braki myślników dialogowych… jednym słowem tragedia. Chwilami zapis wręcz utrudnia czytanie, a to już jest niedopuszczalne. W dziesiątkach książek które czytam, prawie nie spotykam już czegoś takiego – a jednak jeszcze się zdarza, jak widać.

Autorka zdaje się nie mieć kompletnie wyczucia językowego i literackiego, sceny buduje jak w opowiadaniu do szkolnej gazetki, do znudzenia powtarza w kółko te same zdania (oszczędzę Wam przykładów, bo nie chcę być okrutny, a poza tym… nawet nie wiedziałbym, na co się zdecydować), a sytuacjom opisanych na kartach powieści daleko do realizmu. Z niedowierzaniem sprawdziłem, że „Bezsenność” jest piątą książką Moniki Siudy – mam nadzieję, że to jednorazowa wpadka, bo jeśli nie, zastanawiam się, kto i dlaczego wydał poprzednie? I wiecie co wam powiem? To przykre, bo mamy w Polsce tak wspaniałych pisarzy kryminałów. Sami wiecie i byliście świadkami tego, jak musiałem odszczekać wszystko, co mówiłem o polskich autorach. I nie chodzi mi tylko o tych już bardzo znanych, nawet na świecie – Krajewskim, Bondzie, Miłoszewskim czy Mrozie. Mamy naprawdę rewelacyjnych debiutantów, na przykład Roberta Małeckiego („Najgorsze dopiero nadejdzie”) czy Małgorzatę Łatkę („Kamfora”), żeby daleko nie szukać, i wielu innych uznanych twórców: Joannę Jodełkę, Joannę Opiat-Bojarską, Marcina Wrońskiego, Katarzynę Puzyńską. Skąd decyzja, żeby wydać „Bezsenność”? Nie rozumiem.

W końcu coś, co bardzo mnie, jako człowieka związanego z psychologią, zabolało: wątek psychologiczny właśnie, który zawiera karygodne błędy i przekłamania. Jestem niemal w stu procentach pewien, że żaden specjalista nie konsultował tego tekstu. Jeżeli Autorka rzeczywiście, jak zostało zapisane na skrzydełku, choć odrobinę interesuje się psychologią, powinna wiedzieć, że żaden szanujący się psychoterapeuta (a zwłaszcza „jeden z najlepszych na uczelni”), n i g d y  nie zachowywałby się tak jak Waldemar Kurak. W ostatniej chwili odwołuje wizyty z pacjentami, żeby spotkać się z Lidią (nie, nie dzieje się nic, co wymaga nagłej interwencji), pozwala jej przyjaciółce uczestniczyć, i to aktywnie, w seansach i całym procesie „leczenia” (celowo biorę ten wyraz w cudzysłów, bo w tym przypadku trudno mówić o prawdziwym leczeniu), zachowuje się skrajnie niezgodnie z kodeksem etycznym psychologa, a już ten pastisz seansu hipnozy, który proponuje Lidii, mimo że, jak sam jej przyznaje (sic!) nie ma odpowiedniej wiedzy, woła o pomstę do nieba. Jak ludzie mają ufać psychologom, jeżeli ci wciąż w ten sposób są przedstawiani w literaturze? Nie wierzcie w zapisane w „Bezsenności” bzdury i pamiętajcie, że psycholog oferuje realną pomoc, a wizyta u niego to nie zabawa, jak mogłoby się wydawać po lekturze tej książki.

Myślę, że tyle wystarczy... Jest mi przykro, jestem rozżalony i zły, bo sami dobrze wiecie, że zawsze staram się w książce znaleźć dobre strony. Niestety w tym przypadku to się nie udało. W miarę interesujący pomysł zginął zgnieciony wykonaniem i brakiem warsztatu. Byłbym skrajnie niewiarygodny, gdybym polecał Wam tę… tę książkę. „Bezsenność” niestety jest dowodem, że chyba jednak nie warto wydawać książek wszystkim, którzy uważają, że mogą coś napisać – dziś, gdy mamy dostęp do tak wielu powieści, kluczem do sukcesu jest dobra selekcja i rzetelne opracowanie. W obliczu zalewu rewelacyjnych powieści kryminalnych niestety nie warto nawet patrzeć w stronę „Bezsenności” – poczytajcie kryminały, którymi Polska już teraz słynie, ale te dobre, które dostarczą mocnych wrażeń, mnóstwa emocji, świetnych historii… I tak jak, jeszcze raz to podkreślę, magazyn „POCISK” bardzo lubię, i na pewno nie przestanę go czytać, tak jeżeli w serii „Literatura z POCISKIEM” będą pojawiać się takie powieści jak „Bezsenność”, to szkoda mi tracić na nie czas. Za dużo jest dobrych książek na rynku. :)


Mimo wszystko dziękuje „POCISKOWI” za egzemplarz do recenzji, a Wam za czas poświęcony na czytanie tej notki.

Do usłyszenia już niebawem!   

   

piątek, 17 lutego 2017

"Ucieczka na szczyt" - Bernadette McDonald [Recenzja 85.]

Witajcie, Moi Drodzy!
Wiecie dobrze, że temat gór, wspinaczki wysokogórskiej, himalaizmu jest mi bardzo bliski, staram się czytać na ten temat ile tylko mogę i czasem także Wam przemycam recenzje książek poświęconych zdobywcom gór. Ostatnio sporo się o tym mówi, wracamy do czasów, gdy polscy himalaiści byli potęgą, przypominamy sobie tamte czasy i okoliczności, czego doskonałym przykładem biografia Jerzego Kukuczki, o której opowiadałem Wam pod koniec ubiegłego roku. Dzisiaj znów cofniemy się w czasie, bo mam dla Was inną książkę poświęconą polskim himalaistom, którą uważam za zdecydowanie godną uwagi, a mówię o „Ucieczce na szczyt” kanadyjskiej dziennikarki Bernadette McDonald. Zapraszam na recenzję!


Bernadette McDonald od lat zainteresowana jest tematem himalaizmu, spod jej pióra wyszło kilkanaście książek na ten temat. Od lat jednak ze szczególnym zafascynowaniem przygląda się polskiemu ruchowi wspinaczkowemu, bo jak sama twierdzi, polscy himalaiści to legenda, która jej się nudzi. Owocem tego zafascynowania jest właśnie książka „Ucieczka na szczyt”, która wnikliwie i dogłębnie przedstawia historię polskiego himalaizmu, a konkretnie rzecz ujmując, jego tzw. „złotego wieku” w kontekście historii i przemian w naszym kraju. Można powiedzieć, że spośród wielu bohaterów tej historii czterech wybija się niejako na plan pierwszy: Wanda Rutkiewicz, Wojciech Kurtka, Krzysztof Wielicki i, oczywiście, Jerzy Kukuczka.

Możecie powiedzieć, że to wszystko już było, ale siła opowieści Bernadette McDonald polega na tym, że przedstawia szerokie tło historii naszych bohaterów. Autorka opisuje ich przeszłość, narodziny miłości do gór, historie rodzinne – mnie na przykład szczególnie zainteresowały fakty z przeszłości Wandy Rutkiewicz, bo nie o wszystkich wiedziałem. Dzięki tym faktom z życia prywatnego, bohaterowie sprzed lat ożywają, stają nam się bliżsi, widzimy ich choć trochę tak, jak widziała ich McDonald, gdy miała okazję z nimi rozmawiać. Każda z postaci jest dokładnie opisana, poznajemy ich ambicje, pragnienia, wolę walki, często bardzo skomplikowane charaktery. Każdy, kto pokonuje tak tytaniczny wysiłek i wspina się wiele tysięcy kilometrów, musi być niezwykłym człowiekiem, i „Ucieczka na szczyt” jest książką właśnie o takich ludziach – niezwykłych i nietuzinkowych.

Jednakże najmocniejszą stroną tej książki jest chyba tło obyczajowe i historyczne, które, jak twierdzi McDonald, oczywiście słusznie, nierozerwalnie związane było z sukcesem naszych wspinaczy. Autorka pokazuje system, który pchał himalaistów w góry, by szczycić się ich sukcesami, a jednocześnie niczego im nie ułatwiał: nie było odpowiedniego sprzętu, funduszy, czasu na treningi. Wspinacze sami odpowiedzialni byli za przygotowanie się do wypraw, zdobycie materiałów i zapasów, i radzili sobie jak mogli. Na uwagę i szacunek zasługuje również ogrom pracy, jaki włożyła autorka, by poznać historię naszego kraju, okresu wojny i PRL-u, bo to te czasy zostały opisane w „Ucieczce na szczyt”. Jednakże poza czysto edukacyjnymi walorami książka pokazuje też, czym naprawdę była, i może stać się wędrówka po górach – ucieczką od problemów życia codziennego, pracy, ucieczką w ciszę i świat, który dostępny jest tylko niektórym. Nie ulega jednak wątpliwości, że w złotej erze himalaizmu polskiego ucieczka w góry stała się dla sportowców ucieczką od problemów społecznych i politycznych, które nie tylko pchnęły ich w góry, ale też były w pewien sposób drabiną do sukcesu – i to właśnie stara się między innymi pokazać w swojej książce McDonald.

Cóż, wydaje mi się, że podsumowanie tej recenzji wydaje się dość oczywiste – dla osób, które interesują się himalaizmem, zwłaszcza tym polskim, to lektura obowiązkowa. Wnikliwa i interesująca, pozwala się dużo dowiedzieć tym, którzy jeszcze nie mają szerokiej wiedzy na ten temat, a pogłębić wiadomości wszystkim, którzy już co nieco o wspinaczce czytali. McDonald pisze zajmująco i z pasją, analizując życie i sukcesy polskich himalaistów w szerokim kontekście, pomaga im ożyć w naszej wyobraźni na nowo i budzi, przynajmniej we mnie, tęsknotę za górami. Do tego książka jest ładnie wydana i uzupełniona zdjęciami, co oczywiście ubogaca lekturę. Mam więc nadzieję, że zainteresowałem Was tą książką, bo ja z ciekawością zerkam teraz w kierunku innych książek Bernadette McDonald – myślę, że ma ona jeszcze w zanadrzu wiele historii do opowiedzenia!

Bardzo dziękuję za egzemplarz recenzencki Wydawnictwu Agora.

Do usłyszenia niebawem!  

poniedziałek, 13 lutego 2017

"Dziennik kasztelana" - Evžen Boček - PATRONAT [Recenzja 84.]

Witajcie, moi Drodzy, w kolejny piątek! Dzisiaj recenzja książki, którą miałem ogromną przyjemność objąć patronatem medialnym, książki jednego moich ulubionych czeskich autorów. Po ogromnym sukcesie „Ostatniej arystokratki” i „Arystokratki w ukropie” powraca Evžen Boček – mistrz czeskiego humoru i ironii! Tym razem przed Wami „Dziennik kasztelana”, czyli opowieść o pewnym kasztelanie i go zamku… a może o pewnym zamku i jego kasztelanie? Posłuchajcie sami…


Wiktor ma serdecznie dość życia w wielkim mieście i opuszcza Pragę, by objąć posadę kasztelana na pewnym morawskim zamku. Na miejscu Wiktor zastaje zniszczone zamczysko i grupę nieco ekscentrycznych pracowników, a dodatkowo poznaje mnóstwo historii związanych z przeszłością zamku i poprzednim kasztelanem – człowiekiem, który niemalże obrósł legendą wśród mieszkańców zamku i okolicznych terenów. Niestety nikt nie wspomina go dobrze, więc Wiktor musi się zmierzyć z historią, jeżeli chce teraz zaopiekować się zamkiem. Wizja sielankowego życia szybko się jednak rozwiewa, bo jego nowe miejsce zamieszkania zdaje się żyć własnym życiem, a gdy do Wiktora sprowadzają się żona i córeczka, zamek zdaje się źle wpływać na dziewczynkę… Rodzice zaczynają się o nią martwić. Jeśli chcecie się dowiedzieć, co z tego wyniknie i czy kasztelan odkryje tajemnicę zamku, sięgnijcie po „Dziennik kasztelana”.

Na samym początku muszę zaznaczyć, że „Dziennik kasztelana” nie ma nic wspólnego z poprzednimi powieściami Bočka. Jeżeli oczekujecie kontynuacji „Arystokratki w ukropie” lub chcecie spotkać tych samych bohaterów, to w „Dzienniku kasztelana” ich nie znajdziecie. Jedynym, co łączy te książki, jest miejsce akcji – zamek. Poza tym jednak „Dziennik…” jest zupełnie samodzielną historią. Wcale jednak na tym nie traci, bo Boček zdecydował się tym razem na opowieść w zupełnie innym klimacie – jego najnowsza powieść to nie typowa czeska komedia. Oczywiście, widać w niej charakterystyczny, lekki, ironizujący styl autora, który tak dobrze znamy, ale jednocześnie Boček postawił tym razem na dreszczyk emocji. Zamek to nawiedzone miejsce, w którym wszyscy mieszkańcy czują się nieswojo – nieswojo czujemy się nawet my, czytelnicy. Autor sięga do klasyki: pękające lustra, skrzypiąca podłoga, dziwne, niewyjaśnione zdarzenia. Zapewniam was jednak, że te stare sposoby dalej działają!

Dodatkowo Evžen Boček sam jest kasztelanem, dlatego jego powieść jest częściowo powieścią autobiograficzną. Sam „Dziennik…”, tak jak wskazuje tytuł, napisany jest w formie pamiętnika. Autor pokazuje nam, jak wygląda opieka nad zamkiem i życie w nim na co dzień, jak planuje się sezon turystyczny i ile pracy wymaga czuwanie nad takim miejscem. Tak jak w serii o Marii Kostce wyśmiewa biurokrację, koneksje, przedstawia nam czeską mentalność i podejście do życia. Przede wszystkim jednak, „Dziennik kasztelana” to wspaniała powieść „rozrywkowa” – lekka i przyjemna, dobrze się czyta i wspaniale się przy niej bawimy! Uważam że to bardzo dobrze, bo brakuje mi ostatnio literatury, którą możemy czytać dla czystej przyjemności i do której możemy po czasie wracać z uśmiechem na ustach, a Evžen Boček takich właśnie książek nam dostarcza.

Podsumowując, „Dziennik kasztelana” to świetna propozycja zarówno dla tych, którzy Bočka już znają, jak i dla tych, którzy dopiero chcą się zaznajomić z jego twórczością. Miłośnicy czeskiego humoru i opowieści z dreszczykiem będą zachwyceni! Jeżeli ta rekomendacja Was zachęca, koniecznie zajrzyjcie na mojego Facebooka i do recenzji na YouTubie, bo mam tam dla Was do wygrania książki wraz z blogowymi zakładkami – warto brać udział w konkursach!



Bardzo dziękuję Wydawnictwu Stara Szkoła za egzemplarz recenzencki, egzemplarze konkursowe i możliwość objęcia książki patronatem medialnym.

Do usłyszenia niebawem!

sobota, 4 lutego 2017

"Pragnienie" - Richard Flanagan [Recenzja 83.]

Cześć!
Bardzo cieszyłem się, że będę miał okazję przeczytać książkę, o której dziś chciałbym Wam opowiedzieć. Zupełnym zbiegiem okoliczności znalazły się na mojej półce trzy powieści Richarda Flanagana wydane w Polsce, chociaż jeszcze nie zdążyłem przeczytać żadnej z nich. Nasłuchałem się jednak mnóstwa dobrych słów na temat jego prozy, dlatego gdy usłyszałem, że Wydawnictwo Literackie wydaje kolejną jego książkę i dostałem propozycję zrecenzowania jej, nie wahałem się ani chwili. I tak trafiło do mnie „Pragnienie”. Czy żałuję? Absolutnie nie! Dzisiaj wraz z Richardem Flanaganem zabieram Was w podróż do XIX wieku, na antypody i w otchłań ludzkiej duszy…


W 1841 roku na Ziemię van Diemena, która później nazwana zostanie Tasmanią, przybywa nowy gubernator, sir John Franklin, wraz z żoną, lady Jane. Postanawiają oni w ramach eksperymentu ucywilizować małą Aborygenkę, Mathinnę, by sprawdzić, czy „dzikusy”, jak nazywają rdzennych mieszkańców Australii, nadają się do życia między ludźmi. Kilka lat później małżeństwo wraca do Anglii, a stamtąd sir Franklin wypływa na polarną ekspedycję, po której słuch o nim zaginie. Gdy do Anglii napływają wieści o rzekomych aktach kanibalizmu członków załogi, zrozpaczona lady Jane zrobi wszystko, by walczyć o honor zaginionego męża. Prosi Charlesa Dickensa, młodego pisarza, która sława wciąż rośnie, by wdał się w polemikę z oszczercami, a ten zgadza się, i pisze sztukę poświęconą zagranicznym wojażom sir Franklina. Dziwnie jednak odnajduję się w jego postaci, a sytuacje, które opisuje, zaczyna odnosić do swojego życia… Co z tego wyniknie i jak potoczą się losy bohaterów, dowiecie się oczywiście, gdy sięgniecie po powieść.

Zacznijmy od tego, że „Pragnienie” to chyba jedna z mniej znanych powieści Flanagana w Polsce: „Księga ryb Williama Goulda” wydana była u nas jako pierwsza już kilkanaście lat temu, a rozgłos przyniosły temu pisarzowi „Ścieżki północy” nagrodzone Nagrodą Bookera w 2014 roku. „Pragnienie” mamy okazję poznać dopiero teraz, ale mam nadzieję, że trafi ono do jak najszerszego grona odbiorców, bo zdecydowanie na to zasługuje! Pierwsze, co rzuca się w oczy, i na co trzeba zwrócić uwagę, to świetna konstrukcja tej powieści. Akcja rozgrywa się na kilku planach czasowych, a poszczególne wątki pięknie się ze sobą splatają intrygując i napędzając wydarzenia tak, że cały czas jesteśmy ciekawi, co wydarzy się w następnym rozdziale. Warto nadmienić, że akcja powieści oparta jest o prawdziwe wydarzenia: historia adopcji Mathinny i tragicznego w skutkach „eksperymentu” lady Jane to fakty, na których Flanagan opiera swoją wciągającą historię. Prawdziwy jest także obraz aborygeńskiej księżniczki, który w kulminacyjnym punkcie powieści odgrywa niebagatelną rolę…

Świetne są również kreacje bohaterów – każdego autor obdarza własną historią, charakterem, życiem wewnętrznym. Lady Jane to nieco zagubiona, poraniona wewnętrznie kobieta, która udaje surową i chce pociągać za sznurki. Sir John Franklin to właściwie marionetka w rękach żony, bo jedyne, co tak naprawdę kocha, to zamorskie podróże. Mała Mathinna to bodaj najdziwniejsza postać tego dramatu: skryta, skrzywdzona przez życie, nierozumiana przez otaczających ją ludzi – bo nie może i nie chce być przez nich zrozumiana. Ale dla mnie najciekawszym bohaterem jest jednak Charles Dickens, słynny pisarz, wówczas u szczytu kariery. Mimo że odnosi sukcesy, jego życie nie jest zbyt szczęśliwe – jako artystyczna dusza wciąż szuka odpowiednich środków, aby wyrazić ukryte pragnienia, które w nim drzemią, a nieudane małżeństwo zdaje się więzić i ograniczać młodego mężczyznę… 

No właśnie, kluczowym słowem powieści Flanagana są oczywiście tytułowe pragnienia. Pisarz pokazuje nam, że każdy człowiek marzy, każdy dąży do tego, żeby być szczęśliwym. W moich ustach to brzmi jak banały, ale wierzcie mi, że w wykonaniu Flanagana to wcale nie takie banalne. Autor poprzez ból i tęsknoty swoich bohaterów każe nam się zastanowić, czego tak naprawdę pragniemy my i do czego dążymy? Czy aby to, co teraz wydaje nam się szczęściem, na pewno nim jest? A może nie doceniamy tego, co mamy, a mamy bardzo dużo? Czy tak jak Dickens wiecznie gonimy za bliżej niesprecyzowanymi marzeniami, czy może jak lady Jane, próbujemy sobie zrekompensować pewne braki, bojąc się spojrzeć prawdzie w oczy? Wiele takich i innych pytań trzeba sobie zadać po lekturze „Pragnienia”, ale moim zdaniem tym bardziej wato po tę książkę sięgnąć.

Podsumowując, czwarta wydana w Polsce powieść Richarda Flanagana to strzał w dziesiątkę, piękna opowieść, która przeniesie nas w kolorowy wiek XIX, do aborygeńskiej wioski, odległej kolonii karnej i na angielskie salony. Wzruszające i momentami wstrząsające losy bohaterów w zamyśle mają poruszyć i nas i dotknąć czułych strun naszych emocji – w moim przypadku zadziałało. Żeby się przekonać, czy i w Waszym zadziała, musicie sięgnąć po „Pragnienie”. A ja tymczasem już ostrzę sobie zęby na następne powieści tego autora. Gdybyście chcieli o „Pragnieniu” jeszcze trochę posłuchać, zapraszam na recenzję filmową na kanale.




Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Literackiemu


Do usłyszenia już wkrótce! :)

sobota, 28 stycznia 2017

"Meryl Streep. Znowu ona!" - Michael Schulman [Recenzja 82.]

Dzień dobry moi Drodzy!

Sesja – niech to słowo mówi samo za siebie. Ostatnio wszędzie (czytaj: na wszystkich moich mediach) zapadła cisza, bo nauka do kolokwium i egzaminów przytłoczyła wszelkie inne zajęcia. To znaczy pisanie i nagrywanie, bo czytać czytam, głównie po nocach. W związku z tym nazbierało się trochę książek, o których chcę Wam opowiedzieć. Dzisiaj o jednej z nich, biografii tym razem. Biografii niezwykłej Kobiety, niezwykłej Aktorki (przez naprawdę wielkie „A”!) i osoby, którą niezwykle szanuję po prostu za to, jaka jest. Mowa rzecz jasna o Meryl Streep, Żelaznej Damie światowego aktorstwa, która potrafi zagrać wszystko i wszystkich, a czego się nie dotknie, zamienia w złoto (choć według niektórych jest „najbardziej przecenioną aktorką w Hollywood”… taki kiepski żarcik, ale nie mogłem się powstrzymać :D). Życie zdobywczyni rekordowej liczby nominacji do Oscarów i aż trzech statuetek, oraz niezliczonej liczby innych nagród, zostało prześwietlone przez Michaela Schulmana i opisane w książce „Meryl Streep. Znowu ona!”. Gdy tylko usłyszałem, że ta biografia ukazuje się w Polsce, wiedziałem, że będę chciał ją przeczytać, oczekiwałem że odkryje przede mną nieznane kulisy sławy Meryl Streep. Czy tak się stało? No cóż, odczucia po lekturze mam mieszane, o czym zaraz Wam opowiem.


Na początek plusy – Schulman opowieść o życiu Meryl zaczął od jej lat młodzieńczych, gdy uczyła się w szkole, gdy jeszcze nie była pewna, czy wstąpić na drogę aktorską. Jaka była, jak postrzegali ją koledzy, koleżanki, nauczyciele. Opowiada o pierwszych miłościach i zauroczeniach, o kompleksach – tak, ona też je miała! – i o życiu rodzinnym (choć niestety nie za dużo). Wszystko to jest bardzo ciekawe, bo odkrywa przed nami Meryl przede wszystkim jako zafascynowaną teatrem i sceną – w końcu dziś kojarzymy ją przede wszystkim z filmem, bezdyskusyjnie jest gwiazdą kina, a zaczynała jako aktorka teatralna. Dzięki szczegółowo opisanych początkach jej kariery i zmaganiach szkolnych i uniwersyteckich dowiadujemy się, skąd ta tak charakterystyczna dla niej lekkość wcielania się w liczne, często bardzo różniące się od siebie role, poznajemy sposób pracy Meryl i jej determinację. Brzmi świetnie, prawda? No właśnie, jest jednak pewien problem.

Problemem tym jest mianowicie fakt, że niemalże  c a ł ą  książkę zajmują początki kariery Meryl. Michael Schulmann poświęca jej latom szkolnym i uniwersyteckim ogromnie dużo uwagi, analizuje najmniejsze drobiazgi, opisuje jej znajomych, przygląda się ich wspomnieniom i wypowiedziom, szeroko (b a r d z o  szeroko) opisuje sytuację, w jakiej znalazł się wówczas uniwersytet w Yale, jego dyrektor, nauczyciele etc. Tych informacji, po części właściwie niezwiązanych, bądź bardzo luźno związanych z osobą Meryl jest moim zdaniem trochę za dużo. Co gorsza, ta analiza trwa i trwa, żeby potem, nagle, akcja przyspieszyła, i całą resztę kariery Meryl od czasu zdobycia pierwszego Oscara autor zawarł na dwudziestu, może trzydziestu stronach… Nie wiem, czy ta książka ma być zaledwie pierwszym tomem jakiejś obszerniejszej biografii? Gdzie inne wspaniałe filmy Meryl poza „Sprawą Kramerów”? Gdzie takie dzieła jak „Kochanica francuza”, „Godziny”, „Wybór Zofii”, „Żelazna Dama”? Gdzie drugi, trzeci Oscar? Nie bardzo, przyznaję rozumiem ten zabieg, a w każdym razie nie rozumiałem, dopóki nie zajrzałem do Internetu…

Otóż oryginalny tytuł tej książki to Her Again: Becoming Meryl Streep – i wszystko nabiera sensu. Mogę się zgodzić, że to biografia pewnego fragmentu życia aktorki, opowieść o  s t a w a n i u  s i ę  Meryl Streep (jak mówi angielski tytuł), ale czuję się trochę oszukany przez polskie tłumaczenie, które sugeruje, że dostanę jednak pełną opowieść o karierze Meryl, począwszy od jej ostatniego Oscara aż do samych początków. Uważajcie, jeśli też nie chcecie się nabrać! I może jeszcze wszystko byłoby jako tako, gdyby nie dobijający całość fakt, że niestety w moim odczuciu książki nie czyta się lekko, choć to oczywiście jedynie subiektywne odczucie. Nie wiem, czy to kwestia tłumacza, który tak mało finezyjnie, jak do tytułu, podszedł też do treści, czy to pióro Schulmana jest przyciężkawe, grunt, że przez tę biografię raczej brnąłem, niż płynąłem, a szkoda, bo życie Meryl naprawdę jest fascynujące i myślę, można by je spisać w postaci pasjonującej opowieści.  

Na pocieszenie jeszcze dodam, że książka zawiera naprawdę mnóstwo faktów i widać, że autor przyłożył się do pracy – zawarł w książce mnóstwo informacji, dzięki czemu Ci, którzy są naprawdę głodni wiedzy o młodzieńczych latach Meryl i o kondycji teatru amerykańskiego lat 70. I 80. ubiegłego wieku, na pewno się w tej biografii odnajdą. To duży plus, bo przecież zadaniem biografii jest przede wszystkim przekazanie możliwie wielu ciekawostek o życiu danej osoby, więc… podsumowując, „Meryl Streep. Znowu ona!” polecam wybitnie zainteresowanym i zagorzałym fanom aktorki. Nie jest to książka lekka, ale ciekawi z pewnością wyciągną z niej sporo dla siebie. Nie liczcie, że poznacie dokładnie całą biografię Meryl, ale raczej genezę jej oszałamiającej kariery i podstawy szlifowania ogromnego talentu, który bez wątpienia ma. Chociaż moje odczucia są mieszane, polecam Wam spróbować, jeśli czujecie, że to coś dla Was, i jeśli chcecie spróbować – ta książka generalnie odbiła się jesienią dość szerokim echem, a recenzje zapowiadały naprawdę dobrą lekturę, więc może to ja mam nieco inny gust, i warto, żebyście przyjrzeli się jej sami. :)


Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję Wydawnictwu Marginesy!


Do usłyszenia już niebawem. :) 

piątek, 20 stycznia 2017

"Baskijski diabeł" - Zygmunt Haupt [Recenzja 81.]



Witajcie, moi Drodzy!

Od czasu do czasu na moim blogu pojawiają się recenzje  książek, o których z jakichś powodów nie chcę opowiadać na kanale. Niektóre z nich „nie zasługują” na osobny film, czasem po prostu nie mieszczą się w „ramówce”. Czasem jednakże bywa tak, że nie czuję się na siłach mówić o jakiejś książce i znacznie łatwiej jest mi ją opisać, i tak właśnie jest dziś. Książka, a dokładniej mówiąc zbiór opowiadań, który chcę Wam przedstawić, jest bez wątpienia czymś wyjątkowym. Wspaniałym. Ponadczasowym. Ośmieliłbym się nawet powiedzieć, że to jedna z wybitniejszych pozycji literatury polskiej, jaką poznałem. Dlatego ten tekst jest raczej omówieniem niż recenzją, raczej opowieścią o pewnej pozycji, niż jej poleceniem, bo „polecić” można jakąś powieść, ale nie dzieło tej wagi. Tej książce należy się dodatek w postaci cytatów i kilka refleksji, których nagranie przyszłoby mi z trudem. Nie przedłużając już tego wstępu powiem krótko - przed Wami „Baskijski diabeł” Zygmunta Haupta od Wydawnictwa Czarnego!


Kim jest Zygmunt Haupt, spytacie? Mam nadzieję, że wiecie, ale nie mam złudzeń – to jeden z mniej znanych polskich pisarzy emigracyjnych i mogliście o nim – niestety! – nie słyszeć. Dlatego spieszę z wyjaśnieniem: Haupt urodził się w 1907 roku we wsi na Podolu. Burzliwy los zawiódł go do Lwowa, Paryża, na Węgry, do Anglii aż w końcu do Stanów Zjednoczonych, gdzie zmarł w 1975 roku. Jego biografia jest nie bez znaczenia, bo w swoich pracach, a pisał przede wszystkim opowiadania i reportaże, bardzo często wracał, bardziej lub mniej bezpośrednio, do czasów młodości, zwłaszcza tej spędzonej na kresach. Brał też udział w II wojnie światowej, co bez wątpienia także się na jego pisarstwie odbiło, bo tak jak pisze we wstępie do nowego wydania „Baskijskiego diabła” Andrzej Stasiuk, Haupt przepięknym językiem opowiada o świecie brutalnym, który częściowo na pewno objawił mu się takim właśnie w trakcie wojny. 


Haupt sięga po przeróżne tematy. Garściami czerpie ze swojej bogatej biografii i okrasza to wszystko pomysłami nie mniej bogatej wyobraźni sprawiając, że opowiadania zawarte w „Baskijskim diable” wymykają się standardowym określeniom takim jak „niezwykłe”, „nietuzinkowe” czy „zaskakujące”. To teksty troszeczkę jak z innego świata, choć przecież opisują jak najbardziej naszą rzeczywistość. I dlatego my te teksty mimo wszystko dobrze rozumiemy, chociaż zadziwia nas to, bo przecież są takie inne, takie wyjątkowe. „Baskijski diabeł” zachwyca mnogością motywów, wspomnień, tematów, wątków, Haupt bada każdy możliwy obszar, raz sięga ku przeszłości, raz ku przyszłości, a czasem ku temu, co tu i teraz. Dzięki temu sprawia, że jego proza jest ponadczasowa jak mało która.


Bez wątpienia jednak największym atutem opowiadań Haupta, tym, co niemalże obezwładnia czytelnika, jest język, niezwykle specyficzny, ale przepiękny, bogaty, dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Brutalny, gdy potrzeba, łagodny, gdy tego wymaga opis sytuacji. Haupt robi to, co ja bardzo, bardzo lubię, nieraz już o tym zresztą mówiłem: skupia się na szczegółach, opisując wszystko to, co niby dobrze znamy, ale na co dzień nie zwracamy na to uwagi. Potrzeba niezwykłej wrażliwości, by dostrzegać te drobnostki, które czynią nasze życie takim, jakim je przeżywamy, a świat takim, jakim go widzimy. Wielka jest proza która uświadamia nam, czym tak naprawdę jest to, co nas otacza: że jest olbrzymim organizmem złożonym z rzeczy mniejszych, a na te składają się inne, jeszcze mniejsze. Wszystko to perfekcyjnie ze sobą połączone napędza rzeczywistość, w której istniejemy. Haupt ma tego świadomość, i podobnie jak perfekcyjnie funkcjonuje nasz świat, podobnie perfekcyjnie funkcjonuje jego proza: żadne słowo, żaden przecinek, żaden wykrzyknik nie znalazł się tam bez przyczyny albo przez przypadek.   

Muszę jeszcze zaznaczyć, że dzisiaj, gdy przyzwyczajeni jesteśmy do powieści z szybką akcją, naładowanych wydarzeniami, napisanych językiem zachęcającym raczej do szybkiego pochłaniania kolejnych stron, niż do głębszej refleksji, czytanie „Baskijskiego diabła” może przyjść nam z pewnym trudem. Nie mówię, że te opowiadania są ciężkie, czy że trącą myszką, bo absolutnie tak nie jest – po prostu trzeba czytać je z zupełnie innym nastawieniem, niż większość powieści powstających współcześnie: w końcu od czasu powstania najstarszych opowiadań z tego zbioru minęło ponad siedemdziesiąt lat, a najmłodszych – prawie pół wieku! To widać, ale też jednocześnie w niczym ten upływ czasu moim zdaniem nie przeszkadza. Proza Haupta to teksty, przy których westchniecie w duchu: „Ach, jak oni kiedyś umieli pięknie pisać!”, przy których zachwycicie się wrażliwością autora i jego analitycznym podejściem do świata i które, mam nadzieję, zostaną w Was na długo – we mnie zostaną na pewno i wiem, ze będę do nich co jakiś czas powracał.


Myślę, że „Baskijski diabeł” to książka, która warto mieć na półce. Zygmunt Haupt jest moim zdaniem autorem zdecydowanie niedocenionym. Dlaczego? Nie wiem. Nie mówi się o nim dużo, nie pisze, pewnie gdyby nie to wznowienie jego tekstów, wiele osób dalej by go nie poznało. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo naprawdę uważam, że jego teksty warte są poznania i zapamiętania. Jeżeli czujecie, że wrażliwość Haupta do Was trafia, koniecznie sięgnijcie po „Baskijskiego diabła” – ten zbiór na pewno Was nie zawiedzie, a całkiem możliwe, że tak jak ja przekonacie się, że mieliśmy pewnego polskiego pisarza, który zasługuje na uwagę. Ja ze swojej strony bardzo dziękuję za książkę księgarni internetowej Platon24.plWydawnictwu Czarnemu.

Do usłyszenia już niebawem w kolejnej recenzji!

piątek, 6 stycznia 2017

"Młyn do mumii" - Petr Stančík - PATRONAT [Recenzja 80.]

Dzień dobry, Moi Drodzy! Wiedziałem, że pierwsza recenzja w nowym roku musi być szczególna, dlatego chcę Wam dzisiaj opowiedzieć o książce, którą objąłem w grudniu swoim patronatem medialnym. I musze przyznać, że bardzo się z tego cieszę, bo „Młyn do mumii” Petra Stančíka okazał się jedną z najlepszych, a na pewno najbardziej nietypowych powieści, jakie miałem okazję przeczytać w tym roku. Zapraszam Was zatem na wycieczkę do dziewiętnastowiecznej Pragi…


Mamy przełom roku 1865 i 1866. Główny bohater, komisarz Durman, wraca do domu po Sylwestrowej zabawie, gdy nieoczekiwanie nadeptuje na… trupa. Ktoś w bestialski sposób zamordował praskiego listonosza, zamurowując go w chodniku żydowskiej dzielnicy. Sprawa zaczyna się komplikować, gdy pojawiają się kolejne ofiary, na listonoszy pada blady strach, a morderca wydaje się nieuchwytny. Poszukiwania zaprowadzą komisarza w podejrzane zaułki Pragi, do luksusowych paryskich restauracji i na dwór meksykańskiego cesarza. Co tam odnajdzie? Kim jest tajemniczy zabójca i co stara się przekazać tropiącemu go komisarzowi? Przekonajcie się, sięgając po „Młyn do mumii”.  

Powieść reklamowana jest jako „mistyczny porno-gastro thriller z XIX-wiecznej Pragi”, a ja myślę, że najlepszą rekomendacją dla niej będzie, jeśli udowodnię Wam, że to hasło nie jest ani trochę przesadzone! Zacznijmy od końca – XIX-wieczna Praga. Wiemy, że Praga to idealne miejsce akcji dla powieści – malownicze, kolorowe, intrygujące, a jednocześnie nie bardzo popularne poza literaturą czeską. Dzięki Stančíkowi mamy możliwość poznania tego miasta sprzed 150 lat, i wydaje mi się ono miejscem jeszcze ciekawszym, niż współczesna Praga. Autor daje nam możliwość przejścia się praskimi uliczkami, odwiedzenia urzędów, mieszczańskich mieszkań, tawern, restauracji i domów publicznych. Te ostatnie miejsca składają się właśnie na określenie „porno-gastro”…

Jeśli chodzi o jedzenie, w „Młynie do mumii” mamy szanse poznać szeroką gamę tradycyjnych, czeskich potraw, po prostu całe czeskie menu – nie uwierzylibyście, co oni potrafili jeść! Jedzenie odgrywa w tej powieści niezwykle ważna rolę, bo Czesi jeść lubią i lubią pić – przy dobrym alkoholu świetnie się myśli, dlatego komisarz często korzysta z dobrodziejstw działania przeróżnych trunków. Podobnie jak z usług prostytutek – scen erotycznych jest w tej powieści naprawdę dużo, bo Durman, chociaż ma swoją ukochaną, nie umie powstrzymać się przed odwiedzaniem domów publicznych. Co więcej, lubi eksperymenty, więc Ci, którzy bez zażenowania czytują podobne opisy, powinni być usatysfakcjonowani. Pozostali… cóż, będziecie musieli ocenić to sami, ale moim zdaniem Autor nie przesadza z erotyką, a wszystko, co opisuje, idealnie wpisuje się w klimat tej powieści i dodaje pikanterii do i tak już świetnej atmosfery. Zdecydowanie warto!

I w końcu „mistyczny”, jak thriller może być „mistyczny”, zapytacie? No cóż, śledztwo komisarza Durmana nie przebiega w zwyczajny sposób. Napotka on na swojej drodze duchy, starożytnych władców, którzy nie są wcale tak martwi, jak by się z pozoru zdawało, a w dodatku sam morderca zdaje się być trochę… nie z tego świata. Przed Durmanem trudne zadanie, bo będzie musiał nie tylko wykazać się nie lada pomysłowością, rozwiązując sprawę morderstw listonoszy, to jeszcze walczy z siłami, z którymi mierzyć się trudno.

„Młyn do mumii” to powieść, w której w tle wciągającego, intrygującego kryminalnego wątku obserwujemy panoramę dawnej Pragi, Pragi, która już odeszła. Przyglądamy się rewolucji przemysłowej w Czechach i narastającej wrogości wobec okupanta – Prus, które wówczas zajmowały terytorium Czech. Petr Stančík ukazuje czeską mentalność, zwyczaje i kawałek czeskiej historii w bardzo interesujący sposób, w powieści, którą czyta się dobrze i szybko, od której nie można się oderwać. Do tego oczywiście typowy, czeski humor, który zachwyci miłośników tego typu żartu. Chociaż niektóre rozdziały tej powieści bawią swoją absurdalnością, po zakończeniu lektury opowieść składa się ona w jedną, zgrabną i sensowną całość. A jeżeli potrzebujecie dodatkowej zachęty, zapraszam na KANAŁ, gdzie nie tylko możecie o tej książce posłuchać, ale i ją wygrać! Kolejny konkurs zorganizowałem na Facebooku, więc zachęcam, by zajrzeć i tam i wziąć udział!


Za możliwość wzięcia udziału w promocji tej książki dziękuję niezastąpionemu Wydawnictwu Stara Szkoła.

Do usłyszenia niebawem! :)