Oto subiektywny blog i videoblog literacki! Kto czyta, żyje podwójnie, więc dlaczego nie korzystać z tej szansy? Zapraszam na wspólną podróż do świata literatury! :)

piątek, 29 kwietnia 2016

"Zbrodnia hrabiego Neville'a" - Amélie Nothomb - PREMIEROWO [Kto czyta, żyje podwójnie]

Witajcie, moi Mili, w kolejnej recenzji! Dzisiejsza recenzja „otwiera” moją współpracę z Wydawnictwem Literackim, które podesłało mi najnowszą powieść Amélie Nothomb – ostrzegając jednocześnie, że to specyficzna literatura. No cóż… bez wątpienia to prawda. Zapraszam na moje wrażenia po lekturze „Zbrodni hrabiego Neville’a”!


Hrabia Henryk Neville mieszka wraz z żoną Aleksandrą i trójką dzieci – Orestesem, Elektrą i Sérieuse – w podupadającym zamku Pluvier w Belgii. Neville’owie są śmietanką belgijskiej arystokracji, niestety uczciwość hrabiego doprowadziła ich na skraj bankructwa, i wkrótce będą musieli sprzedać rodową posiadłość. Z tej okazji hrabia planuje zorganizować jedno ze swoich słynnych garden party, ostatnie, pożegnalne przyjęcie. Kilka dni wcześniej Sérieuse ucieka z domu, a ojciec odnajduje ją u pewnej wróżki, która przepowiada mu, że na swoim przyjęciu zabije jednego z gości. Przerażony popełnieniem takiej gafy towarzyskiej hrabia zaczyna planować, kogo najlepiej będzie zamordować. Pomoże mu w tym Sérieuse… jeśli chcecie wiedzieć, co z tego wszystkiego wyniknie, musicie sięgnąć po „Zbrodnię hrabiego Neville’a”.

Szczerze przyznaję, że zrecenzowanie tej książki, to niezła zagwozdka – naprawdę trudno coś o niej powiedzieć, bo to niezwykle specyficzna opowieść. Bardzo żałuję, że to pierwsze moje spotkanie z twórczością Nothomb, bo nie mam niestety porównania – „Zbrodnia hrabiego Neville’a” została okrzyknięta powrotem w wielkim stylu. Moim zdaniem, to naprawdę świetna historia, i zdecydowanie zachęciła mnie, żeby sięgnąć po inne książki tej autorki.


„Zbrodnia…” to jedna z historii, jakie lubię – przesycona groteską i czarnym humorem. Cała ta opowieść ma przede wszystkim niesamowity klimat, niesie z jednej strony pewną nostalgię za upływającym czasem, z drugiej wyśmiewa to, co było. Żartobliwie opowiada o konflikcie pokoleniowym i relacjach rodzicielskich, w groteskowy sposób przedstawia życie arystokracji. To taki typ humoru, który mi zdecydowanie odpowiada. A przy tym wszystkim Nothomb cały czas się bawi, nie tylko językiem, nie tylko odwołaniami do literatury, ale przede wszystkim swoimi bohaterami i nami, czytelnikami. Choć przewidujemy możliwe rozwiązania tej historii, mimo wszystko zostajemy zaskoczeni. To nie tylko opowieść o pewnej rodzinie, to też opowieść kryminalna i w pewien sposób nawet powiastka filozoficzna w jednym. I najbardziej godne podziwu jest moim zdaniem to, jak w krótkiej i skondensowanej formie Autorka zawarła wszystko, co chciała – nie ma tu ani jednego zbędnego słowa, a jednocześnie wszystko jest jasne i klarowne. To chyba największy atut powieści Nothomb.

Nie wiem, co jeszcze mogę Wam powiedzieć o tej historii, żeby Was do niej zachęcić. Myślę, że to opowieść, z którą każdy sam powinien się zmierzyć, żeby sprawdzić, czy to coś dla niego. To jest historia dość dziwna, nietypowa, niezwykła, przyznaje. Ale też wciągnęła mnie i pozytywnie zaskoczyła – więc zapraszam, żebyście po nią sięgnęli. A jeśli jeszcze Was nie zachęciłem, zapraszam TUTAJ, do mojej recenzji na kanale. :)




Za egzemplarz recenzencki dziękuję bardzo Wydawnictwu Literackiemu.

Do usłyszenia już niedługo w podsumowaniu miesiąca! :)


"Obce dziecko" - Rachel Abbott - PRZEDPREMIEROWO [Recenzja 49.]

Witajcie, dzisiaj przedpremierowo mam dla Was recenzję pewnego mrożącego krew w żyłach thrillera psychologicznego. Od samego początku, gdy tylko zobaczyłem jego opis i zwiastun książki, wiedziałem, że to będzie coś naprawdę dobrego! Nie zawiodłem się. Zapraszam na opowieść o „Obcym dziecku”, powieści Rachel Abbott!


Poznajemy rodzinę Josephów – David kilka lat wcześniej w tragicznym wypadku samochodowym stracił żonę Caroline i córeczkę Natashę. Kobieta zginęła na miejscu, natomiast dziecko zniknęło z miejsca wypadku i nigdy go nie odnaleziono. Po sześciu latach Davidowi udało się jakoś uporządkować swoje życie i mieszka teraz z drugą żoną, Emmą, i synkiem. Jednak pewnego dnia spokój burzy pojawienie się w ich domu Natashy, która nie tylko nie chce zdradzić, co się z nią działo przez cały ten czas, lecz także zabrania wezwania policji. Emma przekonuje męża, że tej sprawy nie można tak zostawić, więc w końcu policjanci zjawiają się w domu Josephów, by przesłuchać dziewczynkę. I wtedy dopiero się zaczyna… Jeśli chcecie wiedzieć, kim tak naprawdę jest Natasha, czego szuka w domu Josephów, i co ukrywa, musicie sięgnąć po „Obce dziecko” Rachel Abbott.  

Bardzo spodobał mi się pomysł na fabułę tej powieści – w końcu thriller, w którym dziecko nie ginie, ale się odnajduje! W końcu coś nowego, świeżego! W dodatku w tej powieści trup nie „ściele się gęsto”, groza budowana jest raczej w oparciu o poczucie osaczenia i strachu i przez opisy nietypowego zachowania Natashy – nie cierpię wprowadzania tego typu anglicyzmów do recenzji, ale to dziecko naprawdę jest creepy, i żadne polskie słowo lepiej tego nie odda! :D I chociaż można by powiedzieć, że w tej książce nie dzieje się bardzo dużo, to i tak typowy page turner (ach, te anglicyzmy!), a akcja jest dynamiczna i sprawia, że trudno oderwać się od „Obcego dziecka”. Wziąłem tę książkę na podróż pociągiem i sam nie wiem, kiedy minęły te godziny!

Na szczególną uwagę moim zdaniem zasługuje kreacja psychologiczna bohaterów – Rachel Abbott świetnie oddała ich dylematy i problemy. Najciekawszą moim zdaniem postacią jest Emma, druga żona Davida. Gdy w jej domu pojawia się Natasha, kobieta musi czuć się okropnie, przypadła jej w udziela chyba najtrudniejsza rola, a mimo to jakoś się trzyma. Z ogromnym zainteresowaniem  obserwowałem przemianę, jaka się w niej dokonała w czasie trwania akcji powieści. To silna, ale jednocześnie wiarygodnie wykreowana postać. Podobnie zresztą jest z Natashą, która jest rzecz jasna najbardziej tajemniczą bohaterką dramatu rozgrywającego się w domu Josephów. Cały czas przeczuwamy, że dziewczynka nosi w sobie jakąś tragedię, ale co tak naprawdę działo się z nią przez sześć lat? Dowiadujemy się tego z krótkich fragmentów pisanych z jej perspektywy, i dopiero z czasem wszystkie elementy układanki składają się w całość.

„Obce dziecko” to thriller, który trzyma nas w napięciu od początku do końca. Autorka analizuje dogłębnie ludzką psychikę, wyciąga na światło dzienne nasze najgorsze instynkty, pokazuje, do czego człowiek może być zdolny, gdy zostanie postawiony pod ścianą, gdy nadejdzie czas podjęcia decyzji, które zaważą na jego dalszym losie. W dodatku Abbott świetnie ukazuje niszczące działanie wyrzutów sumienia i złych wyborów dokonanych w przeszłości. Wszystko to, co pokazuje, jest tak prawdziwe, że przeszywa nas i mrozi krew w żyłach. Autorka jednocześnie zmusza nas do refleksji, dzięki czemu „Obce dziecko” to nie zwykły thriller, który odłożymy na półkę i o nim zapomnimy – ta książka w jakiś tam sposób zostanie z nami na dłużej. Zdecydowanie warto po nią sięgnąć, a jeśli jeszcze Was nie przekonałem, koniecznie zajrzyjcie TUTAJ, do mojej recenzji na vlogu. :)




Ze egzemplarz recenzencki książki dziękuję Wydawnictwu FILIA.

Do usłyszenia już wkrótce! :)

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Fantastyczne Poniedziałki: "Przeklęty grobowiec" - Christian Jacq - PRZEDPREMIEROWO + KONKURS [Recenzja 49.]

Witajcie w kolejny Fantastyczny Poniedziałek, ostatni już w kwietniu! Dzisiaj zabiorę Was w daleką podróż, aż do Egiptu, i to Egiptu epoki faraonów. Portalem do tego świata będzie najnowsza powieść Christiana Jacqa, „Przeklęty grobowiec”, która swoją premierę w Polsce będzie miała jutro – na dodatek, ktoś z Was będzie mógł tę podróż odbyć razem ze mną, bo w recenzji filmowej na kanale znajdziecie konkurs! Zapraszam serdecznie. :)


Egipt kwitnie za panowania faraona Ramzesa. Po zwycięstwie nad Hetytami w bitwie pod Kadesz, spokój w państwie zakłócają jedynie drobne konflikty. Do czasu… Potężny czarnoksiężnik złamał bowiem zaklęcia chroniące wejście do przeklętego grobowca i wyniósł z niego drogocenny dzban Ozyrysa, artefakt dający władzę nad życiem i śmiercią. Wszystko wskazuje na to, że przeciwko Ramzesowi ktoś zawiązał spisek. Tymczasem jego dwa synowie, Ramesu i Setna walczą o względy pewnej pięknej uzdrowicielki, a urzędnicy grają w niebezpieczną, polityczną grę. Kim jest czarny mag, który chce zaszkodzić samemu faraonowi? Jaką rolę odegra w tym kapłanka bogini Sechmet? I dla kogo bogowie okażą się łaskawi? Tego dowiecie się, sięgając po „Przeklęty grobowiec”.

Zacznę jak zwykle od zalet, a ogromną moim zdaniem zaletą tej książki jest podbudowa merytoryczna. Od pierwszej strony widać, że Autor doskonale wie, o czym pisze, umie wykorzystać swoją wiedzę i splata fakty z legendami i mitologią tak, że mniej wprowadzeni w temat czytelnicy (czytaj: nie-historycy) prawdopodobnie tego nie zauważą. Powieść Christiana Jacqa przenosi nas do starożytnego Egiptu i oferuje wieczór spędzony w Memfis wśród kapłanów, uzdrowicielek i egipskich bogów. Co nieco można się też z tej książki nauczyć – nie spodziewajcie się literatury naukowej, czy nawet popularnonaukowej, wahałbym się nawet, czy można tę książkę nazwać pełnoprawną „powieścią historyczną”, bo sam nie wiem, ile w niej prawdy, a ile fikcji, ale bez wątpienia co nieco o egipskiej mitologii możemy się dowiedzieć. Nie bez powody umieściłem tę powieść w „Fantastycznym Poniedziałku” – pretekstem do poznania egipskich bóstw jest mroczna magia, czary, hieroglify układające się w potężne zaklęcia. Bogowie biorą czynny udział w życiu ludzi, komunikują się z nimi, obdarzają swoją mocą i zlecają konkretne zadania. Jeśli coś się Jacqowi udało, to na pewno jest to ożywienie mitów, które znamy z lekcji historii w szkole.

Również fabuła to mocna strona „Przeklętego grobowca” – owszem, jest prosta, nieskomplikowana, może trochę przewidywalna, ale mimo wszystko wciąga i miałem ochotę dowiedzieć się, co będzie dalej. Powieść otwiera czterotomowy cykl „Śledztwa księcia Setny”, co wprowadziło mnie nieco w błąd, ponieważ niecierpliwie czekałem, aż książę Setna zacznie coś śledzić – czekałem aż do przedostatniego rozdziału. Z ulgą stwierdziłem, że ta sama sprawa będzie ciągnęła się w kolejnych tomach, więc wydaje mi się, że tak naprawdę „Przeklęty grobowiec” to zaledwie preludium do całej historii. Z zainteresowaniem będę oczekiwał „Zakazanej księgi”, czyli drugiego tomu tej tetralogii.

Z przykrością muszę jednak powiedzieć, że ta powieść nie jest też idealna. Wydaje mi się, że sięgając po nią spodziewałem się naprawdę porywającej, głęboko osadzonej w realiach starożytnego Egiptu powieści – zwłaszcza wiedząc, kim jest Autor i jak olbrzymią ma wiedzę. I chociaż rzeczywiście, tak jak powiedziałem, „Przeklęty grobowiec” przenosi nas kilka tysięcy lat wstecz, to językowo i „konstrukcyjnie” niestety pozostawia wiele do życzenia. Ta książka zbudowana jest w bardzo prosty sposób, w oparciu o krótkie sceny, wiele wydarzeń następuje zdecydowanie za szybko, zwłaszcza w wątku romansowym, ledwo zdążyłem narobić sobie smaku, już dobrnąłem do końca. Ta powieść po prostu napisana jest bardzo szkolnie i jakby trochę nieudolnie – nie wiem, czy taki prosty przekaz był zamierzeniem Autora, czy coś nie zagrało tak, jak powinno, ale takie są moje wnioski po lekturze. ;)

Tak czy inaczej po dalsze tomy serii chętnie sięgnę, bo jestem ciekaw, jak potoczą się losy bohaterów, a jeśli i Wy szukacie lekkiej, niezobowiązującej, mało ambitnej, ale mimo wszystko przyjemnej lektury na wieczór – „Przeklęty grobowiec” jest dla Was! Przekonałem Was? Zajrzyjcie na mój kanał, TUTAJ, bo chciałbym rozdać Wam jeden egzemplarz tej powieści. Zapraszam, weźcie udział w konkursie i spróbujcie swoich sił! :)



Dzięki, że byliście ze mną w kolejnej recenzji. Dzisiejszy film na kanale otwiera „Tydzień z Kto czyta, żyje podwójnie”, który trwa z okazji przekroczenia 1500 subskrypcji kanału. Do przyszłego poniedziałku znajdziecie tam codziennie nowy film – warto więc zostać ze mną! :)

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Fantastyczny Poniedziałek: "Korytarzem w mrok" - Lois Duncan [Recenzja 47.]

Cześć, witam Was bardzo serdecznie u progu kolejnego tygodnia! Znów nadszedł czas na Fantastyczny Poniedziałek, który tym razem przygotowuję dla Was we współpracy z Wydawnictwem Czarna Owca. Będzie coś dla młodzieży - trochę strasznie, trochę intrygująco, trochę tajemniczo. Zapraszam na recenzję powieści „Korytarzem w mrok” Lois Duncan!   


Matka szesnastoletniej Kit Gordy dopiero co ponownie wyszła za mąż. Sama wyjeżdża z nowym mężem w podróż poślubną, a córkę zostawia w szkole z internatem w Blackwood prowadzonej przez madame Duret. Szybko okazuje się, że piękna posiadłość, w której mieści się szkoła, kryje w sobie jakąś mroczną moc. Kit i jej trzy koleżanki, którym udało się przejść trudne egzaminy klasyfikacyjne, zaczynają mieć dziwne sny, i co gorsza, zaczynają się zmieniać. Co ukrywa madame Duret i co mają z tym wspólnego nocne koszmary? Czy koleżankom uda się odkryć sekret starego domostwa? Przekonajcie się sami, sięgając po „Korytarzem w mrok” Lois Duncan.

„Przed Harrym Potterem było jeszcze Blackwood” – tak reklamowana jest książka Duncan. Tak jak się spodziewałem, to hasło zostało użyte trochę na wyrost, bo ta powieść niewiele ma wspólnego z rozmachem sagi Rowling, ale nie zmienia to faktu, że książkę czyta się bardzo przyjemnie. Na uwagę zasługuje ciekawy, choc nieco przewidywalny dla mnie pomysł, który Autorce całe szczęście udało się dobrze zrealizować. Trzeba pamiętać, że to nie jest powieść Young Adult z „superhero w trójkącie miłosnym”, ale  książka typowo młodzieżowa, skierowana do osób w wieku gimnazjalno-licealnym. „Korytarzem w mrok” przypomniało mi czasy mojego późnego dzieciństwa i młodzieżówki w dobrym stylu, które wtedy wychodziły – inteligentne dziewczyny, nawiedzona szkoła i bardzo fajna atmosfera. Książka pochodzi z lat 70. ubiegłego wieku, i rzeczywiście czuć w niej ten klimat, czułem się troszkę, jakbym znów czytał „Wakacje z duchami” albo „Pana Samochodzika”. To były książki! „Korytarzem w mrok” bardzo dobrze wpisuje się w ten nurt „starych, dobrych, inteligentnych” młodzieżówek z pomysłem – które teraz pewnie też nie zachwyciłyby mnie tak jak kiedyś, ale dla młodszych czytelników wciąż będą idealne. :)

Ale Lois Duncan określana jest jako pisarka horrorów dla młodzieży. Czy „Korytarzem w mrok” to horror? Zdecydowanie! Co prawda ostatnio przekonuję się, że książką dużo trudniej mnie przestraszyć, niż myślałem, i pewnie potrzebowałbym czegoś mocniejszego niż skrzypiące drzwi i duchy ukrywające się w lustrze, ale mimo wszystko powieść Duncan to całkiem „przyjemna” lektura na wieczór. Z kart tej powieści unosi się ciężka atmosfera starego domostwa pełnego antyków, słychać skrzypienie uchylanych drzwi, wycie wiatru. Dla czytelników szukających opowieści z dreszczykiem ta powieść będzie świetna!

Tak naprawdę mam tylko jedno zastrzeżenie – książka została wydana w 1974 roku i w całej powieści czuć ten fajny klimat, „Korytarzem w mrok” przesiąknięte jest atmosferą tamtych czasów… do momentu, w którym główna bohaterka wyciąga z walizki komórkę i laptopa. Ja nie wiem, kto i dlaczego zrobił to tej powieści. Wątpię, żeby Autorka była taka przewidująca, a ponieważ książka, które dla Was recenzuję, to wydanie po latach, podejrzewam, że tekst został w jakiś sposób „uaktualniony”… Ale niezależnie od tego, czy to zasługa Autorki czy wydania, te elementy bardzo psują nastrój moim zdaniem. Całe szczęście nie ma ich dużo, więc też nie zwracają tak bardzo uwagi.

Podsumowując – „Korytarzem w mrok” Lois Duncan to świetna młodzieżówka w starym, dobrym stylu, powieść z dreszczykiem na jeden wieczór. Kto czegoś takiego szuka – na pewno odnajdzie się w tej powieści. Jeżeli potrzebujecie dodatkowej zachęty, zapraszam na vloga, o TUTAJ, tam możecie posłuchać mojej recenzji.





Za egzemplarz recenzencki i propozycję współpracy bardzo dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca.

A Wam życzę fantastycznego tygodnia i do usłyszenia wkrótce! :)

środa, 13 kwietnia 2016

"Mówiąc inaczej" - Paulina Mikuła [Recenzja 46.]

Witajcie, witajcie!
Od kiedy pochwaliłem Wam się w unboxingu, że kupiłem książkę Pauliny Mikuły, pojawiło się wiele pytań, czy ją dla Was zrecenzuję. Chcieliście usłyszeć, co mam do powiedzenia o tym – bądź co bądź nietypowym – poradniku. A ja z przyjemnością spełniam Waszą prośbę, bo o książce Pauliny mam do powiedzenia niemal same dobre rzeczy! Tak, wiem, wiem – książka youtuberki, przecież youtuberzy piszą książki tylko dla „kasy”. Ale książka Pauliny jest wyjątkowa, bo nie mówi, „jak przyjść z nędzy do pieniędzy”, lecz „jak pisać i mówić, żeby się nie pogubić” – a to się zdarza przecież każdemu z nas! Więc zapraszam – najpierw na moją recenzję, a potem do lektury książki. :)


Przede wszystkim prezentacja, żeby tradycji stało się zadość i żeby wszyscy wiedzieli, o czym, a przede wszystkim o kim mówimy – a mówimy o Paulinie Mikule, polonistce i autorce vloga „Mówiąc inaczej”, która właśnie wydała swoją pierwszą – i mam nadzieję nie ostatnią! – książkę. Co w tym poradniku-opracowaniu znajdziemy? Otóż znajdziemy tam dziewięć rozdziałów, w których Paulina zawarła swoje przemyślenia i obserwacje dotyczące różnych aspektów języka polskiego i sposobu jego używania przez nas, Polaków. Autorka dzieli się z nami również przydatnymi poradami, jak zapamiętać trudniejsze zasady czy wyćwiczyć pewne dobre nawyki językowe, a wszystko to z właściwym sobie wdziękiem i humorem. W książce znalazło się więc miejsce na tak pozornie oczywiste sprawy, jak ortografia i interpunkcja, ale też na te mniej oczywiste, a przecież równie ważne, jak na przykład zapożyczenia czy komunikatywność wypowiedzi.

Jak należy traktować tę książkę? Na pewno nie jak podręcznik, wyrocznię ani też ostateczny wyznacznik poprawności naszych wypowiedzi. W tym poradniku – z braku lepszego słowa tak go będę określać – nie znajdziemy w s z y s t k i e g o, co należy wiedzieć o języku polskim. Zawiera on podstawy, ale za to solidne i przekazane w niezwykle przystępny i zabawny sposób. To świetny start dla tych, którzy chcieliby wiedzieć więcej, a dla wszystkich Polaków powtórka zasad, które pozwolą mówić poprawnie(j). Myślę też, że „Mówiąc inaczej” to świetna sprawa dla osób zajmujących się językiem na co dzień, pracujących z nim – nieważne, czy jesteś blogerem i piszesz teksty, czy tłumaczem albo dziennikarzem. Czasem każdy z nas ma w głowie myśl: „Jak to było? To na pewno jakiś wyjątek, ale jak to zapisać…?”. Wtedy z pomocą przychodzi Paulina i jej zabawne anegdotki. Ja na pewno już nigdy nie powiem „w cudzysłowiu” zamiast „w cudzysłowie”… przecież nie mam tej zasady „w dupiu”! Takie i podobne proste sposoby na zapamiętanie językowych niuansów proponuje nam Autorka – warto z nich skorzystać! :)

No dobrze, ale żeby nie było za słodko – mam drobne zastrzeżenie. Jeśli ktoś obejrzał wszystkie odcinki „Mówiąc inaczej” (tak jak na przykład ja – Paulina, jeśli kiedyś to przeczytasz, nie bój się, nie masz psychofana, to tylko mój głód wiedzy :D), to niestety ma wrażenie, że z książki niewiele więcej się dowie. Ja rozpoznałem anegdotki, które Paulina przytaczała w programie, a nawet konkretne przykłady, i przyznam, że miałem nadzieję na trochę więcej nowości. Ale! Po pierwsze, po książkę na pewno sięgnie wiele osób, które nie znają jeszcze vloga Pauliny (a przynajmniej mam taką nadzieję), więc dla nich wszystko będzie nowością. Po drugie na pewno wielu stałych widzów nie stara się zapamiętać każdego przykładu i wcielać go w życie, więc i oni odnajdą w książce coś nowego. No i po trzecie – powtórek nigdy dość, tak czy inaczej, książkę Pauliny Mikuły warto mieć w domu, i to pod ręką, a nie gdzieś w drugim rzędzie na regale!

Podsumowując – „Mówiąc inaczej” to strzał w dziesiątkę! Warto tę książkę mieć, a przede wszystkim warto z niej korzystać. Poręczny zbiór podstawowych zasad, którymi się wszyscy na co dzień posługujemy! Więc róbmy to poprawnie! Na Boga! (Jak powiedziałaby Autorka). Jeśli ktoś jakimś cudem Pauliny jeszcze nie zna – niech kliknie TUTAJ i przeniesie się na najlepszy kanał o języku polskim na YouTubie. A kto Paulinę już zna i lubi – z pewnością polubi też Jej książkę, więc niech biegnie do księgarni. A jeżeli chcecie mojej recenzji posłuchać, bo jeszcze Wam mało – zapraszam na mój kanał, o TUTAJ.


Dzięki i do usłyszenia niebawem! <3


poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Fantastyczny Poniedziałek: "Wigilijne psy i inne opowieści" - Łukasz Orbitowski [Recenzja 44.]

Długo zabierałem się do przeczytania książki, o której dziś będzie mowa, a Wy musieliście długo czekać na recenzję. Ale to nie tylko dlatego, że mój „program” jest tak napięty, lecz także dlatego, że zbiór opowiadań Łukasza Orbitowskiego, czyli „Wigilijne psy i inne opowieści”, zasługuje na specjalne potraktowanie, bo to wyjątkowa książka. Wznowione po latach opowiadania nie tracą ani trochę na aktualności, nadal przejmują i czarują czytelników zawartą w nich mroczną magią. Serdecznie zapraszam na recenzję!


Ponieważ mamy tu do czynienia, jak wspomniałem, ze zbiorem opowiadań, nie będę przedstawiać Wam ich fabuły, niemniej śmiało mogę napisać, że wszystkie opowiadania łączy tematyka – to opowieści miejskie od początku do końca, opowieści o mrocznych zaułkach metropolii, szaroburych podwórkach, blokowiskach i opuszczonych domach na przedmieściach. To opowieści o ludziach, którzy tam mieszkają, takich jakich znamy z codziennych wędrówek po mieście, i o duchach z przeszłości, które nie mają zamiaru opuszczać naszego świata. Niektóre sytuacje przedstawione przez Orbitowskiego wielu z nas na pewno rozpozna. Widujemy na co dzień „ziomeczków” z piwkiem pod osiedlowym monopolowym, „żuli i żulinki” z „sikaczem” pod drzewem na skwerku – och, jak dobrze znane to obrazy.  W „Wigilijnych psach i innych opowieściach” to ci ludzie stanowią wspólny mianownik opowiadań Orbitowskiego.

A magia? A magia kryje się gdzieś w przeszłości, w zakamarkach ludzkich dusz i mrocznych klatek schodowych, na ostatnim piętrze spalonego wieżowca i w neseserze diabła. Orbitowski sięga po znane motywy – duchy, cyrograf, powracające dusze samobójców – ale umieszczenie ich w znanych nam realiach zdecydowanie pobudza wyobraźnię i w niektórych momentach wywołuje ciarki na plecach. Chociaż opowiadania Orbitowskiego klasyfikowane są jako horror, ja podczas lektury strachu jako takiego nie czułem, ale z pewnością opowiadania są niepokojące – do najciekawszych zaliczyłbym „Kacpra Kłapacza” i „Serce kolei”, które szczególnie zwróciły moją uwagę. Oczywiście, jak to zazwyczaj ze zbiorami opowiadań bywa, nie wszystkie podobały mi się jednakowo, niektóre były lepsze, inne trochę gorsze, niektóre trafiły do mnie bardziej, inne mniej. Ale tym, co bardzo przypadło mi do gustu, jest spójność tego zbioru, która zwraca uwagę i wyróżnia „Wigilijne psy i inne opowieści” spośród wielu innych zbiorów opowiadań.

Czuję się jednak w obowiązku Was przestrzec – opowiadania Łukasza Orbitowskiego to proza raczej dla pełnoletnich, a z pewnością bardzo dojrzałych czytelników – nie tylko dlatego, że w tematyce, klimacie, atmosferze tych opowieści odnajdą się najlepiej dzieci lat 80. i wczesnych 90. ubiegłego wieku, ale też ze względu na język, jakim opowiadania zostały spisane. Język, który zachwycił mnie najbardziej, żywy, piękny, rewelacyjnie oddający intencje Autora, ale jednocześnie brutalny, wulgarny (miejscami bardzo wulgarny) i ostry. U Orbitowskiego gdy jest czas na krwawy opis, to dostajemy krwawy opis, Autor nie „cacka” się z czytelnikiem. Jeżeli znalazłem w tych opowiadaniach jakąś grozę, to kryła się właśnie w warstwie językowej, a że bardzo sobie cenię dobry język w opowiadaniach i powieściach, tym właśnie Autor kupił mnie bez dwóch zdań, i tym przede wszystkim, jeśli mam być szczery, zachęcił mnie do sięgnięcia po inne swoje pozycje – przede wszystkim po powieści „Inna dusza” i „Szczęśliwa ziemia”. Poza tym „Wigilijne psy…” to opowiadania z jednej strony pisarza młodego, rozwijającego się, a z drugiej to naprawdę męska, brutalna, bezlitosna proza, która mnie spodobała się niezwykle – mam nadzieje, że przypadnie do gustu i Wam.

Podsumowując, moje wrażenia po pierwszym spotkaniu z prozą Łukasza Orbitowskiego są bardzo, bardzo pozytywne. A jeżeli „Wigilijne psy i inne opowieści” rzeczywiście nie są najlepszą jego pozycją, rozumiem też szum wokół jego pisarstwa i Paszport Polityki, który niedawno otrzymał. Chcę więcej tej prozy, tego języka, tego przejmującego klimatu! Chcę więcej Orbitowskiego! Całe szczęście na półce czeka już na mnie „Inna dusza”, więc mam nadzieję wkrótce się za nią zabrać. A jeśli jeszcze Was nie zachęciłem, to zajrzyjcie do mojej recenzji na vlogu (TUTAJ).


Za egzemplarz książki do recenzji (i cierpliwość w oczekiwaniu na recenzję) dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non. :)

Pozdrawiam Was i do następnego razu! :)


czwartek, 7 kwietnia 2016

Zapowiedzi wydawnicze - kwiecień 2016

Moi Kochani,
w tym miesiącu z opóźnieniem, ale jest – przed nami jeszcze 23 dni kwietnia, więc warto się przyjrzeć, co ciekawego w tym czasie pojawi się w księgarniach. Standardowo zapraszam na moje – bardzo subiektywne – zestawienie najciekawszych nowości wydawniczych kwietnia. Jak zwykle klikając w nazwę wydawnictwa, przeniesiecie się do oficjalnej zapowiedzi. W tym miesiącu zrezygnowałem z kopiowania opisów, bo przecież możecie je przeczytać na stronach wydawnictw. Pozostawiłem jedynie swój komentarz. :) No to… zaczynamy! :)

Literatura obca



„Historia pszczół”, Maja Lunde  
Premiera: 15 kwietnia 2016
To brzmi jak jedna z tych dobrych powieści, w które mamy ochotę zupełnie się zanurzyć. Opis jest niezwykle zachęcający – trzy historie dziejące się w zupełnie innych czasach, a łączą je – pszczoły. Mam wielką ochotę na tę powieść, bo to może być piękna historia.


 
„Beatlesi” Lars Saabye Christiensen
Premiera: 19 kwietnia 2016
Kolejny autor, który na mnie czeka. Jego powieści bardzo mnie kuszą, z jednej strony kojarzą się z Knausgårdem, którego prozę uwielbiam, z drugiej mają w sobie coś jeszcze przyciągającego. „Beatlesi” to międzynarodowy bestseller i najbardziej uznana książka Christensena – może od niej zacznę?



„Przemyślny rycerz Don Kichot z Manczy. Część druga” Miguel de Cervantes Saavedra
Premiera: kwiecień 2016
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Don Kichota chyba nikomu nie trzeba przedstawiać, a już w kwietniu na nasze półki trafi część druga tego dzieła, jednego z najważniejszych w świecie literatury, w rewolucyjnym tłumaczeniu Wojciecha Charchalisa. Wstyd przyznać, że jeszcze tego klasyka nie czytałem… Teraz, gdy będę już miał obie części, będę miał też motywację do nadrobienia tej karygodnej zaległości…


 
„Euforia” Lily King
Premiera: 6 kwietnia 2016
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Kolejna powieść, której zapowiedź chwyciła mnie za serce. To, że została nagrodzona Kirkus Prize i doceniona przez The New York Times też brzmi zachęcająco. Jednak czy porównanie jej do Conrada nie jest lekką przesadą? Muszę się przekonać…



Powieść historyczna


„Gambit hetmański” Robert Foryś
Premiera: 13 kwietnia 2016
Wydawnictwo: Otwarte
Co tu dużo mówić – nie mogę się doczekać. XVII wiek, szpiedzy, polityczne machinacje, Bóg, honor i trucizna… Ponad 1000 stron, w czasie których zanurzymy się w zupełnie inny świat. Takie powieści historyczne to ja lubię, a do tego ta piękna oprawa! Będzie co czytać :) Kto też na to czeka?



Kryminał


„W obcej skórze” Sarah Hilary
Premiera: 27 kwietnia 2016
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Na tę premierę czekałem – uwielbiam brytyjskie kryminały i ich klimat, a jeśli jeszcze coś ma być „najlepszym kryminałem ubiegłego roku w Wielkiej Brytanii”, to już w ogóle. Już wiem, że będę miał przyjemność Wam o tej książce opowiedzieć – kto czeka?




„Ziemna burza” Mons Kallentoft
Premiera: kwiecień 2016
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Uwielbiam kryminały Kallentofta – jest jednym z moich ulubionych skandynawskich pisarzy kryminałów. Jestem troszkę do tyłu z jego powieściami, ale przeczytałem kilka, i każda kolejna była coraz lepsza! Dlatego czekam na „Ziemną burzę” – w końcu i do niej dobrnę. :)



Fantasy


„Królowie Dary. Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu” Ken Liu
Premiera: 27 kwietnia 2016
Wydawnictwo: Sine Qua Non
W Polsce długo na tę książkę czekaliśmy – szykuje się epickie fantasy „przesycone duchem Orientu”, jak pisze wydawca. Ta książka to pierwszy tom uznanego na świecie cyklu i jestem bardzo, bardzo ciekaw, jak to będzie… Szykuje się ciekawa powieść na Fantastyczny Poniedziałek.



Poradniki


„Mówiąc inaczej” Paulina Mikuła
Premiera:
Wydawnictwo: Flowbooks
O tak, na tę książkę czekałem naprawdę długo, od kiedy tylko usłyszałem, że „się pisze”. Uwielbiam vloga Pauliny i bardzo lubię samą Autorkę. W chwili, gdy to piszę, już książkę mam, i jestem bardzo zadowolony – spełniła moje oczekiwania w stu procentach. Świetna pozycja, ale o tym na pewno Wam opowiem. Na razie powiem tyle – warto! :)



Dla miłośników kolorowanek



 „Harry Potter. Magiczne stworzenia do kolorowania”
Premiera: 18 kwietnia 2016
Wydawnictwo: Otwarte
Jeżeli komuś podobała się pierwsza książka do kolorowania o Harrym Potterze, i ta na pewno przypadnie mu do gustu. Mnie część pierwsza nie zachwyciła, ale magiczne stworzenia… kto wie, kto wie :) Przyjrzę jej się na pewno w księgarni.


 
„Planeta bazgrołów”
Premiera: 13 kwietnia 2016
Wydawnictwo:Nasza księgarnia
Druga część „Inwazji bazgrołów”, czyli jeszcze więcej czarno-białych, pociesznych stworków do pokolorowania! Wzory wydają się być szalone i interesujące, więc na pewno będzie się dobrze kolorowało… A więcej chyba opowiem Wam w kwietniowych „Bazgrołkach”… :)



A Wy czekacie na…

 

„Grimm City. Wilk” Jakub Ćwiek
Premiera: 13 kwietnia 2016
Wydawnictwo: Sine Qua Non





„Ugly Love” Colleen Hoover
Premiera: 13 kwietnia 2016
Wydawnictwo: Otwarte






„Dwór cieni i róż” Sarah J. Mass
Premiera: kwiecień 2016
Wydawnictwo: Uroboros






„Żałobne opaski” Brandon Sanderson
Premiera: 27 kwietnia 2016
Wydawnictwo: MAG
 





„Kamienna noc” Gaja Grzegorzewska
Premiera: 28 kwietnia 2016






Jak widzicie, na brak lektur nie możemy narzekać! Nic tylko siadać i się zaczytywać :) I dlatego żegnam Was i lecę czytać, do następnego razu, moi Drodzy :)  J. 

środa, 6 kwietnia 2016

"Zaginięcie" + "Rewizja" - Remigiusz Mróz [Recenzja 44.]

Za oknem wiosna, a tu Mróz znowu zaatakował! Ale Mróz inny, bardzo zaskakujący – a mowa oczywiście o „Rewizji”, czyli trzecim tomie cyklu o bezwzględnym duecie prawniczym Chyłka&Oryński. Jeśli chcecie się dowiedzieć, co u nich nowego, zapraszam dalej… :)


Najpierw jednak kilka słów o „Zaginięciu”, bo po pierwsze, nie opowiadałem o nim, a po drugie to się przyda w dalszej części recenzji. W drugim tomie cyklu prawniczego Remigiusz Mróz serwuje nam niezwykle interesującą sprawę – z domku letniskowego ginie małe dziewczynka, a wszystkie ślady (a właściwie brak śladów) wskazują, że sprawcami są rodzice. Jak łatwo się domyślić, obrony państwa Szlezyngierów podejmują się prawnicy z kancelarii Żelazny & McVay, sprawa wcale nie jest taka prosta – Chyłka z plączącym jej się pod nogami Kordianem stoczy brawurową walkę z prokuraturą i… samą sobą. To doprowadzi do interesujących wydarzeń, świetnym ich podsumowaniem jest zdanie: „Chyłka kontra Oryński”, które znajdziemy na okładce „Rewizji”, czyli tomu trzeciego. 

W tej powieści nasi prawnicy po raz pierwszy stają po przeciwnych stronach barykady. Joanna Chyłka po ciężkich przejściach, i, można powiedzieć, nieświadomie, podejmuje się obrony Roberta Horwata, Roma oskarżonego o zgwałcenie i zamordowanie żony i córki. Dlaczego Kordianowi zależy na czymś dokładnie odwrotnym? Będziecie musieli sami się o tym przekonać, czytając „Rewizję”, ale powiem jedno – dzieje się!

Dzisiaj jednak nie będzie w samych superlatywach, bo przyznaję się bez bicia, że tom trzeci podobał mi się, jak na razie, najmniej. To trochę tak, jakby po rewelacyjnym, wgniatającym w fotel „Zaginięciu”, Autor troszeczeczkę przystopował, a „Rewizję” nazwałbym już nie tyle thrillerem prawniczym, a powieścią obyczajową z morderstwem w tle. To absolutnie nie oznacza, że ta książka mi się nie podobała! Uwielbiam styl Mroza i na pewno sięgnę po każdą powieść, którą napisze. Po prostu czasem tak bywa, że gdy dostajemy coś innego niż to, czego oczekiwaliśmy, jesteśmy zdezorientowani. I ja właśnie jestem zdezorientowany. Zmieszany, ale nie do końca wstrząśnięty, parafrazując klasyka.

„Rewizja” to książka zupełnie inna niż pozostałe powieści Mroza. Porusza sporo tematów społecznych, przede wszystkim tolerancji względem mniejszości romskiej. Autor przyzwyczaił nas do wartkiej akcji, fabuły naładowanej wydarzeniami i zwrotami akcji, brutalnych morderstw. „Rewizja” jest „spokojniejsza”, tu czas płynie wolniej, a sama sprawa kryminalna pozostaje troszeczkę w cieniu. Fabuła dotyka jeszcze innego problemu społecznego, o którym nie chcę mówić, żeby niczego Wam nie zdradzać, powiem tylko, że Autor poniewiera Chyłką tak, że aż mnie coś w środku bolało. No właśnie, Chyłka… przyznaję, że dla mnie to ona jest główną atrakcją tego cyklu. Remigiusz Mróz ma niezwykły talent do kreowania bohaterów – Bronek, Obelt, Forst, a w końcu Chyłka – najjaśniejsza gwiazda w tym panteonie. Ja ją po prostu uwielbiam, o czym dobrze wiecie, i to się na pewno nie zmieni – Joanna kradnie cały show, i fabuła fabułą, morderstwa morderstwami, ale dajcie mi Chyłkę w książce, i mi już niczego nie potrzeba. No cóż… nie mogę się doczekać, co będzie dalej!

Podsumowując – Mróz w formie, ale w innej. Trochę bardziej społecznie, trochę bardziej refleksyjnie. Trochę bardziej do pomyślenia. Ci, którzy kochają Chyłkę i/lub Zordona, na pewno się nie zawiodą. Zakończenie znów boli, bo tym razem Autor sięga po naprawdę potężny kaliber. Trochę się boję co będzie dalej… ale i czekam z niecierpliwością. Ogólne wrażenia po lekturze? Pozytywne, w końcu to jednak wciąż Mróz! Dobrze było wrócić do prawniczego świata i nie mogę się doczekać, aż znów będę miał taką okazję. A jeśli jeszcze Wam mało, zapraszam TUTAJ, gdzie będzie mogli wysłuchać mojej recenzji w formie wideo.




Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Dzięki, że byliście ze mną w kolejnej recenzji i do zobaczenia wkrótce, J.