Oto subiektywny blog i videoblog literacki! Kto czyta, żyje podwójnie, więc dlaczego nie korzystać z tej szansy? Zapraszam na wspólną podróż do świata literatury! :)

poniedziałek, 10 lipca 2017

Fantastyczny Poniedziałek: "Nowa Fantastyka" 07/2017 [Recenzja 93.]


Cześć! Witam Was w recenzji lipcowego numeru „Nowej Fantastyki”, który znajdziecie oczywiście w kioskach. Znów przyjrzymy się kilku tekstom, które zwróciły moją szczególną uwagę, choć ten numer, niestety, nie do końca mnie zachwyca… Ale od początku!

Tekst Radosława Pisuli „Valerian i komiks tysiąca pomysłów” z pewnością okaże się bardzo ciekawy dla fanów komiksów lub „Gwiezdnych wojen” – ja ani do jednej, ani do drugiej grupy się nie zaliczam, ale jeśli Wy tak – śmiało! Na pewno nie będziecie zawiedzeni. Andrzej Kaczmarzyk z kolei przygotował coś dla miłośników SF inspirowanego teoriami spiskowymi i politycznymi machinacjami. Wierzę, że zainteresowanych tym tematem jest tu wielu, i również moją uwagę ten tekst przykuł bardziej niż poprzedni. Polecam do niego zerknąć!

Z ciekawszych tekstów w lipcowym numerze jak zwykle filmowy felieton Łukasza Orbitowskiego, który nigdy nie zawodzi – tym razem autor na warsztat bierze horror „A Dark Song”. Tomasz Przyłucki dzieli się z czytelnikami wrażeniami po spektaklu „Zew Cthulhu” (reż. Michał Borczuch, Teatr Nowy w Warszawie) – jeśli tak jak ja ze zdumienia na myśl, że ktoś zdecydował się wystawić taki spektakl,  otworzyliście szeroko oczy, koniecznie przeczytajcie tę recenzję. Na uwagę zasługuje też tekst o Macieju Parowskim, Autorze zdecydowanie zbyt często zapominanym ostatnio, jak słusznie zauważa Michał Cetnarowski. No i w końcu wywiad z Samanthą Shannon – krótki, bo krótki, ale czytelnicy „Czasu żniw”, zwłaszcza ci, którzy nie mogli być na spotkaniach z autorką w Polsce, powinni być zadowoleni!

O opowiadaniach w tym miesiącu krócej, bo niestety znów mamy przewagę opowiadań SF – taki w ogóle bardzo w klimatach SF ten numer! Wśród zagranicznej prozy otrzymujemy tym razem nominowane do nagród Interpresson i Portal opowiadanie Iny Goldin i Aleksandry Dawydowej „Szkarłatne skrzydła”. Joe Haldeman (znany m.in. z „Wiecznej wojny”) debiutuje w „Nowej Fantastyce” opowiadaniem „Prawdziwe piekło”, które zdecydowanie warto przeczytać, a Wll McIntosh powraca na łamy pisma z nowym opowiadaniem. Z opowiadań polskich autorów z kolei polecę tym razem „Zapach królowej” Martyny Walerowicz – nietypowe, ciekawe, warte uwagi i… dla miłośników pszczół! Sprawdźcie sami! :)


Jeżeli coś zaciekawiło Was w tym numerze, to zachęcam oczywiście do zakupu, a tymczasem żegnam się z Wami. Po południu zapraszam na kanał, gdzie znajdziecie recenzję jednej z książek zapowiadanych również w lipcowym numerze NF – „Wilczej godziny”. Do usłyszenia!     

piątek, 9 czerwca 2017

"Dowód osobisty" - Petr Šabach [Recenzja 92.]

Cześć, witam Was w kolejnej recenzji na blogu! Jak wiecie, bardzo lubię literaturę zza naszej południowej granicy, dlatego zawsze, gdy jakaś nowa czeska powieść wpada w moje ręce, staram się ją przeczytać i trochę Wam o niej opowiedzieć. Jakiś czas temu Wydawnictwo Afera zaproponowało mi zrecenzowanie nowej powieści Petra Šabacha, a ja nie zastanawiałem się długo – zwłaszcza że dotąd nie miałem do czynienia z jego twórczością. Przed Wami recenzja „Dowodu osobistego”. Zapraszam!


„Dowód osobisty” to powieść z silnym wątkiem autobiograficznym. Główny bohater powieści dorasta w Pradze za czasów okupacji komunistycznej. Powieść składa się z obrazów – to zlepek różnych scen i sytuacji. Główny bohater kończy szkołę, jest młody, i, jak to młodzi, uważa, że świat stoi przed nim otworem – a jednocześnie zmaga się z codziennymi problemami, tak jak wszyscy obywatele ówczesnych Czech. Słucha piosenek, które są ”na topie”, buntuje się, tęskni za powiewem Zachodu – ale teraz ma też dowód osobisty – symbol nie wolności, nie praw, ale przede wszystkim obowiązków. Dowód zawsze trzeba mieć przy sobie, bo w przeciwnym wypadku można narazić się na nieprzyjemności… a nasz bohater ma wyjątkowy talent do pakowania się w kłopoty.

Gdy przeczytałem „Dowód osobisty”, zajrzałem do Internetu i poczytałem trochę o jego autorze. Z tego, co się dowiedziałem, znany jest najbardziej ze swoich „humorystycznych powieści i opowiadań”, i to, przyznam, wprawiło mnie w niejaką konsternację. Bo rzeczywiście, momentami „Dowód osobisty” jest bardzo zabawny – główny bohater ciągle wpada w jakieś tarapaty, a czytając zapisy rozmów paczki szkolnych przyjaciół naprawdę można się uśmiać. Do tego tekst urozmaicają wiersze jego kolegi, Aleša, które są chyba najzabawniejszą częścią powieści. Z drugiej strony cały wydźwięk tej opowieści jest dla mnie jednak poważny. Tak jak znajdziemy w niej momenty do śmiechu, tak znajdziemy i momenty do płaczu.

W „Dowodzie osobistym” autor zawarł bowiem niejeden opis interwencji milicji, przesłuchań, przejawów kontroli i szpiegowania obywateli. To powieść, której akcja osadzona jest w rzeczywistości komunistycznej, i jako taka z założenia będzie gorzka w wydźwięku. Humor, który tu znajdziemy, to jednak często czarny humor. Również krytycy uznali „Dowód osobisty” za jedną z najpoważniejszych powieści tego autora, dlatego zastanawiam się, czy można ją uznać za reprezentatywną dla Šabacha – bardzo chciałbym przeczytać inne jego książki, żeby przekonać się, czy i tam porusza podobne tematy, obraca się w podobnej rzeczywistości. Niemniej uważam, że moje pierwsze spotkanie z autorem było bardzo udane!

Sam zatem nie wiem jeszcze co myśleć na temat twórczości Šabacha, bo jedna książka to w tym wypadku zdecydowanie zbyt mało, by wyrobić sobie rzetelną opinię. Czasem tyle wystarczy, czasem od razu widzę, czy styl autora trafia w moje gusta, czy też nie. Mimo że na razie nie postawię „Dowodu osobistego” pośród moich ulubionych czeskich powieści, to nic straconego – jeśli będę miał okazję, na pewno zapoznam się z innymi pozycjami Šabacha i dam Wam znać co myślę. Tak czy inaczej jednak jestem pewien, że miłośnicy czeskiej literatury, którzy chcą poznać jej jak najwięcej i chcą poznawać nowych czeskich pisarzy, powinni po tę książkę sięgnąć i sądzę, że nie będą zawiedzeni. Pośród typowych dla tej literatury smaczków i dobrego humoru znajdziemy tu uniwersalny obraz dorastania i młodości, buntu i międzypokoleniowych różnic. „Dowód osobisty” to gratka dla uważnych czytelników, którzy w tekście lubią szukać nawiązań i znanych motywów przedstawionych w ciekawy, trochę inny sposób!


Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję Wydawnictwu Afera!

Do usłyszenia już niedługo w kolejnej recenzji!


poniedziałek, 1 maja 2017

Fantastyczny Poniedziałek: "Nowa Fantastyka" 05/2017 [Recenzja 91.]

Cześć! Witam Was w kolejnym Fantastycznym Poniedziałku z „Nową Fantastyką”. Znów dzięki ekipie NF miałem przyjemność przeczytać najnowszy numer pisma i przychodzę do Was ze skrótem moich przemyśleń na temat tego, co znajdziemy w środku i co najbardziej mnie zaciekawiło. W porównaniu do numeru kwietniowego wydaje mi się, niestety, ze majowy wypada troszkę słabiej, ale o tym zaraz.


Na okładce wita nas Kate Walker, czyli główna bohaterka serii gier komputerowych „Syberia” – gier, moim zdaniem, niezwykłych. Być może tego o mnie nie wiecie, ale kiedyś byłem w tym temacie bardzo na czasie – od kiedy pracuję i bloguję, nie mam już czasu na technologiczne i komputerowe nowinki, ale akurat na „Syberię 3” czekałem z niecierpliwością. Pierwsze dwie części pamiętam z dzieciństwa – wtedy były dla mnie nie lada wyzwaniem, dzisiaj są świetną zabawą. Dlatego miałem nadzieję, że w majowym numerze NF dowiem się czegoś więcej samej grze, twórcach, procesie jej powstawania, bo akurat w przypadku „Syberii” jest on niezwykle ciekawy. Niestety w środku, mimo obiecującej okładki, znajdziemy artykuł poświęcony historii powstawania mechanizmów na świecie (bo to one są motywem przewodnim „Syberii”), a o samej grze tam niewiele, bo zaledwie dwa akapity. Tekst ciekawy, niemniej tych, którzy oczekują informacji o najnowszej produkcji Sokala przestrzegam – tutaj ich nie znajdziecie!


Z innych ciekawych tekstów w nowym numerze trzeba zwrócić uwagę na ten o historii i podejściu do mitów arturiańskich, które są chyba jednym z ciekawszych i bardziej oddziałujących na szeroko pojętą kulturę. Marcin Waincetel opowiada co nieco o tym, skąd pochodzą, kiedy powstały i jakie odcisnęły piętno na popkulturze. Dla fanów Jarosława Grzędowicza też coś się znajdzie, bo autor obchodzi w tym roku trzydziestopięciolecie swojej twórczości. Jak rozwijała się jego kariera, i jak powstawały klasyki polskiego fantasy, które wyszły spod jego pióra, dowiecie się z tekstu Krzysztofa Sokołowskiego. Do tego dorzućmy kilka ciekawych tekstów i felietonów o wpływie technologii na życie człowieka, które można ująć pod wspólnym hasłem „Quo vadis ludzkości?”, a okaże się, że jest co poczytać :) Jak zwykle nie zawodzi też Łukasz Orbitowski, który tym razem popełnił tekst na temat nachodzącej ekranizacji powieści „To” Stephena Kinga – fani horroru będą zachwyceni! (Mam sugestię, żeby dać Orbitowskiemu trochę więcej miejsca niż tylko jedną stronę – ja uwielbiam czytać jego teksty!)

Jeśli chodzi o opowiadania – cóż, tym razem, przyznaję szczerze, mniej mnie zaciekawiły niż poprzednio. Ja generalnie bardziej szukam w Nowej Fantastyce artykułów i recenzji niż opowiadań, bo jeśli śledzicie mnie dłużej, wiecie, że to nie mój gatunek, a jeśli już opowiadania czytam, to jestem dość wybredny. Tym razem moją uwagę zwróciły trzy, i o nich Wam wspomnę. Po pierwsze całkiem udany debiut drukiem Macieja Rumiancewa (swoją drogą, mojego rówieśnika!), którego styl obiecuje całkiem sporo… oby tak dalej! W dziale prozy zagranicznej mamy za to dwóch mistrzów space opery, czyli Alastaira Reynoldsa („Babelsberg”), który tym razem osadził akcję swojego opowiadania na Ziemi, i Paula McAuleya („Planeta strachu”), który powraca do „Nowej Fantastyki” po latach w bardzo dobrym stylu! Polecam :)

Tyle dobrego w maju w NF, dlatego jeśli coś Was zainteresowało – nowy numer cały czas jest do kupienia w kioskach, więc nie ma na co czekać! Dziękuję za lekturę redakcji „Nowej Fantastyki”, a Was, po więcej zapraszam – mam nadzieję! – już za miesiąc, kiedy przyjrzymy się czerwcowemu numerowi :) 


Za majowy numer dziękuję redakcji "Nowej Fantastyki"!
Do usłyszenia!  
    

piątek, 28 kwietnia 2017

"444" - Maciej Siembieda [Recenzja 90.]

Cześć, Moi Drodzy, witajcie w kolejnej recenzji! Mam dziś coś dla amatorów zagadek sensacyjnych z historią w tle! Opowiem Wam, co sądzę o porównywaniu Macieja Siembiedy do Dana Browna, jak przepisać polską historię na powieść sensacyjną i dlaczego „444”, bo o tej książce będziemy dziś rozmawiać, to rewelacyjna historia dla każdego bez wyjątku! Jeżeli jesteście ciekawi, co łączy Jana Matejkę, Władysława Warneńczyka, prokuratora IPN-u, ładną stewardessę i przywódcę tajemniczego, islamskiego bractwa, to… sięgnijcie po książkę, a ja opowiem Wam, dlaczego warto to zrobić!'


Dziennikarz Paweł Włodarczyk od lat pasjonuje się zaginionym obrazem Jana Matejki – Chrztem Warneńczyka, namalowanym na zamówienie arcydziełem, które przez kilkadziesiąt lat zdążyło obrosnąć legendą. Włodarczyk ma zamiar zainteresować swoim śledztwem prokuratora IPN-u, Jakuba Kanię, ale niestety – w drodze na spotkanie ginie w wypadku samochodowym. Kania podejmuje jednak trop, który przez meandry historii prowadzi go do starożytnej przepowiedni, która bezpośrednio dotyka polskiego króla, Władysława Warneńczyka i jego portretu wykonanego przez Jana Matejkę. Przepowiednia mówi, że co 444 lata rodzi się człowiek zdolny pojednać chrześcijaństwo z islamem. Wszystko wskazuje jednak na to, że komuś bardzo zależy, by tajemnica obrazu nie ujrzała światła dziennego… Kto to jest i dlaczego tak stara się ukryć przed światem przepowiednię? Przekonajcie się, sięgając po „444” Macieja Siembiedy.

Myślę, że już ten skrót fabuły wielu z Was zainteresuje. Współczesny wątek śledztwa Jakuba Kani przetykany jest historiami z przeszłości i przyszłości, mamy więc okazję razem z Siembiedą przemierzyć Europę od Hiszpanii po Rosję, od roku 998 do 2332. Autor umiejętnie splata wszystkie te wątki, a często zmieniające się miejsca akcji i sceneria nadają powieści dodatkowego tempa. Uwagę zwraca mnogość postaci z różnych okresów historycznych, przy czym muszę zaznaczyć, że znaczna większość z nich to naprawdę dobrze wykreowani bohaterowie, każdy jest inny i w pewien sposób odzwierciedla mentalność i sposób myślenia ludzi swojej epoki. Oznacza to, że Autor odrobił zadanie domowe i dobrze przygotował się do pisania, co w przypadku tego typu powieści jest niezwykle ważne, bo moim zdaniem, jeżeli chcemy, by taka historia była wiarygodna, podstawą jest dobre i rzetelne umocowanie jej w historii.

Z początku troszeczkę bałem się, jak będzie właśnie z tą wiarygodnością i realizmem. Wiecie, po przeczytaniu powieści Dana Browna jestem na to uczulony. Pojednanie chrześcijaństwa i islamu? Brzmi na teorię, którą można rozwinąć do opowieści niesmacznej, nużącej, chwytającej się aktualnie modnego tematu islamu i terroryzmu. I pewnie  m o ż n a b y  to zrobić, ale „444” zdecydowanie uniknęło tego losu. Ta powieść jest, moim zdaniem, niezwykle wiarygodna, wątki i postaci historyczne i fikcyjne „zlewają się”, łączą w jedną całość tak, że granice pomiędzy nimi trudno dostrzec, i sami zaczynamy wątpić, co jest prawdą, a co nie. W ten sposób Autor osiągnął najważniejszy bodaj cel tego typu powieści – wciągnął mnie bez reszty i sprawił, że żyłem przygodami bohaterów, kibicując im całym sercem. I to mi się podoba!

Oczywiście „444” to nie powieść światowej klasy, bo dla mnie, z zasady właściwie, „przygodowe powieści historyczne” (bo tak nazywam ten typ literatury), do niej nie należą. Powieść Siembiedy nie unika pewnych schematów – mamy tu przepowiednię, mamy duet inteligentnego prawnika i jego ładnej, młodej towarzyszki, mamy zaginiony obraz… standard, można by rzec. Ale jednocześnie jest to standard, który się nie nudzi, bo to jednak inna historia, inny obraz, inny prawnik. Dodatkowo na korzyść „444” działa fakt, że to opowieść w większości o naszej polskiej historii, że odwiedzimy miejsca bliskie nam wszystkim, odgrywające w naszej historii ważną rolę. Widać wyraźnie, zwłaszcza w ostatniej części, której zdecydowanie najbliżej do fikcji, pragnienie Autora, by Polska stała się państwem znaczącym na arenie międzynarodowej… to najbardziej „naciągany” fragment, moim zdaniem, ale myślę, że można to wybaczyć… w końcu wszyscy, gdzieś w głębi serca, chcielibyśmy tego, nawet jeśli nie wierzymy, że to możliwe… ;) 

Podsumowując, „444” to fantastyczna, wciągająca opowieść dla każdego. Nieważne, czy interesujecie się historią, czy nie – Autor opisuje wszystko w taki sposób, że na pewno nie pogubicie się w opowieści. Znajdziecie tu i wątek sensacyjny, i tajemnicę, i dobrze poprowadzony wątek romansowy. Oczywiście nie powinniście się spodziewać historii swojego życia, ale jeżeli szukacie powieści na majówkę, na wiosenne wieczory, jeśli szukacie dobrej rozrywki i lekkiej, wciągającej lektury, to z czystym sumieniem mogę polecić Wam „444”. Myślę, że nie pożałujecie! :) A jeśli chcecie posłuchać mojej recenzji w formie filmowej, zapraszam na YouTube!




Za egzemplarz powieści do recenzji bardzo dziękuję wydawnictwu Wielka Litera.

Do usłyszenia już niedługo! 

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

"Tajemnica Nagów" - Amish [Recenzja 89.]

Cześć, Moi Drodzy, witajcie w kolejnym poście w ramach Fantastycznych Poniedziałków. Być może pamiętacie, że ponad rok temu recenzowałem dla Was „Nieśmiertelnych z Meluhy” Amisha, nazywanego „Tolkienem Indii”. Z tym Tolkienem to bym może nie przesadzał, ale książka, mimo oczywistych wad i pewnych niedociągnięć, podobała mi się (możecie przypomnieć sobie moją recenzję, klikając w odnośnik powyżej). Był to pierwszy tom trylogii, a niedawno miałem okazję przeczytać tom drugi, czyli „Tajemnicę Nagów”. Jeśli chcecie się przekonać, jakie miałem wrażenia po lekturze, zapraszam do dalszej części recenzji.


„Tajemnica Nagów” rozpoczyna się dokładnie w chwili, w której zakończył się tom pierwszy, mamy tu więc do czynienia z bezpośrednią kontynuacją losów Śiwy, Sati i pozostałych bohaterów. Śiwa kontynuuje swoją podróż w poszukiwaniu przedziwnej, tajemniczej rasy Nagów, którzy zagrażają królestwu Meluhy. Krążą pogłoski, że te potwory, jak nazywają je mieszkańcy Meluhy, mają swoją kryjówkę w sercu nieprzyjaznej dżungli. Aby rozwiązać zagadkę, Śiwa będzie musiał odbyć daleką podróż i zmierzyć się z licznym niebezpieczeństwami. Ale jest przecież najwyższym władcą Meluhy i półbogiem – czy mogłoby mu się nie udać? Tylko czy nawet półbóg nie może się pomylić albo źle odczytać danych mu znaków? Czy Nagowie rzeczywiście są wynaturzonymi potworami? A może są bliżsi ludziom, niż się pozornie wydaje?

W sumie nie wiem, od czego zacząć, bo tom drugi pod wszelkimi względami jest bardzo podobny do pierwszego – jest podobnie napisany, tempem akcji specjalnie się nie różni – w końcu jest, jak wspomniałem, bezpośrednią kontynuacją. Podejrzewam, że Autor napisał całość, a potem podzielił na części – a przynajmniej tak to wygląda. Widać też, że ma pomysł na całość, bo konsekwentnie rozwija i splata wątki rozpoczęte w „Nieśmiertelnych z Meluhy”. Poznajemy też kolejne tajemnice Meluhy i rodu Sati, który skrywa mroczniejsze sekrety, niż się z początku zdawało. Wraz z Śiwą podróżujemy przez starożytne Indie i jest to podróż naprawdę przyjemna i pełna przygód – bo ksiązki składające się na „Trylogię Śiwy” to powieści typowo przygodowe.

Nie powiem, miło było wrócić do tego świata po roku. Mitologia Indii jest niezwykle ciekawa i Amish umiejętnie z niej korzysta, żeby zbudować swoją historię. Tak jak napisałem we wstępie, daleko mu do Tolkiena, do innych pisarzy fantasy zresztą też, ale mimo wszystko… jego powieści czyta się przyjemnie! Sam do końca nie rozumiem czemu, bo nie jest to ani literatura wybitna językowo, ani bardzo wyjątkowa czy niesztampowa… a mimo to lubię do niej wracać. Ta seria to trochę taka „guilty pleasure”, wiecie, niby wolę zupełnie inny typ literatury, a jakoś tam chętnie czytam o przygodach Śiwy. Zwłaszcza, że gdybym musiał porównać dwa pierwsze tomy, to „Tajemnica Nagów” wypada jednak moim zdaniem lepiej. Amish odszedł trochę od wizji Meluhy jako  supernowoczesnego państwa w starożytności, co trochę denerwowało mnie w tomie pierwszym, dzięki czemu cykl zyskał na realizmie – i bardzo dobrze! :)  

Podsumowując – czy warto zagłębiać się w „trylogię śiwy”? Jeżeli szukacie czegoś bardzo lekkiego i niezobowiązującego, ciekawej przygodówki w nieco innych, niż zwykle, klimatach, z tajemnicą i Indiami w tle – tak. Jeżeli oczekujecie epickiej prozy trzymającej się historycznej prawdy – raczej nie tędy droga. Ja, skoro znam dwa tomy, prawdopodobnie i po trzeci sięgnę, bo chociaż powieści Amisha nie zostają w głowie na długo, stanowią dla mnie przyjemne oderwanie od poważniejszych lektur – zwłaszcza czytane okazjonalnie, raz do roku. Dla mnie ten cykl to dowód, że nie warto się ograniczać i czasem warto spróbować przeczytać coś, co teoretycznie nie odpowiada naszym gustom – można się pozytywnie zaskoczyć!

Za egzemplarz odo recenzji bardzo dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Do usłyszenia niebawem! 

piątek, 21 kwietnia 2017

"Mama kłamie" - Michel Bussi [Recenzja 88.]

Witam Was, jak zwykle, w piątkowe popołudnie, czas na kolejną blogową recenzję. Na moim blogu, jak wiecie przeplatają się wszystkie gatunki literackie. Tym razem znów mam dla Was coś kryminalnego i coś nietypowego, innego, niż zwykle. Niestety nie jestem całkowicie tą lekturą usatysfakcjonowany i ciągle nie do końca wiem, co o niej myśleć, dlatego przejdę może do rzeczy, a Wy oceńcie sami, czy książka Was zainteresowała, czy też nie. Przed Wami „Mama kłamie” francuskiego pisarza Michela Bussiego.


Vasile Dragonman, psycholog dziecięcy, w jednym z przedszkoli, gdzie pracuje, trafia na interesującą zagadkę. Malone, mały chłopiec, z którym pracuje Vasile, opowiada, że jego rodzice tak naprawdę nie są jego rodzicami, że miał kiedyś inną mamę i innego tatę. Przywołuje różne szczegóły ze swojego poprzedniego życia, choć nic nie wskazuje na to, żeby mógł mówić prawdę. Skąd więc wzięły się u niego te wspomnienia? Jakim cudem tak małe dziecko potrafi przypomnieć sobie fakty sprzed wielu miesięcy? No i jak długo jeszcze będzie potrafił je odtworzyć – wszak pamięć dziecka jest ulotna… Vasile rozpoczyna wyścig z czasem i wraz z Marianne Augresse, komendantką policji, stara się rozwikłać tajemnicę chłopca, bo gdzieś w głębi serca, wbrew rozsądkowi i faktom, zaczyna mu wierzyć…

Przede wszystkim bardzo podoba mi się pomysł Bussiego – oparcie fabuły na wspomnieniach dziecka, dziwna przytulanka, z którą Malone nigdy się nie rozstaje, a która staje się symbolem całego zła (naprawdę rewelacyjny zabieg!), zastanawiające zachowanie jego ojca i tajemnice matki – to wszystko sprawia, że od samego początku historia jest intrygująca. Równolegle Marianne Augresse prowadzi śledztwo w sprawie brutalnego napadu i usiłuje złapać jednego z bandytów, który stale wymyka jej się z rąk. Ten wątek również trzyma w napięciu, może nawet bardziej, niż ten wiodący, z Malonem. Jak można się domyślać, w pewnym momencie oba wątki splotą się i doprowadzą do emocjonującego finału. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie…

…wykonanie. Moim zdaniem ciekawy pomysł w przypadku tej powieści ugiął się, niestety, pod niezbyt dobrym warsztatem pisarskim Autora. Gdy zerknąłem na różne recenzje i portale książkowe, zobaczyłem, że „Mama kłamie” dostaje całkowicie rozbieżne oceny. Niektórzy twierdzą, że to wybitna książka, i dają jej 8, czasem nawet 9 na 10 gwiazdek, inni z kolei są zupełnie zawiedzeni. Ja stoję gdzieś pośrodku stawki, a to chyba najgorsza pozycja, bo nie do końca wiem, co myśleć. Pomysł Bussiego był taki, żeby przedstawić historię możliwie jak najbardziej z perspektywy dziecka, stąd dopasowany do takiej koncepcji język, nazwiska bohaterów („Augresse”, „Dragonman”, „Lechevalier”) i historyjki opowiadane chłopcu przez pluszowego misia, które przeplatają główny wątek fabularny. Niestety wszystko to jest mało wyrafinowane i dość niezdarne, efektem czego nie czułem się „wciągnięty” w historię, chwilami wręcz mnie trochę nudziła. A szkoda.

Plusem z pewnością są wątki psychologiczne, bo wiecie, że to dla mnie zawsze interesujące. Autor przez wypowiedzi Dragonmana przybliża nam psychikę małego dziecka, tajemnice rozwoju ludzkiej pamięci i dość zgrabnie wykorzystuje to w powieści, a w połączeniu z rozwiązaniami fabularnymi tworzy zgrabną i zwartą całość. Do zarzutów o przewidywalność powieści nie odniosę się tutaj, bo ja rozwiązania się nie domyśliłem – a przynajmniej do pewnego momentu. Jeśli chcecie, musicie sami przekonać się, jak będzie w Waszym przypadku!

Podsumowując, „Mama kłamie” na pewno nie jest jednym z najlepszych kryminałów, jakie czytałem i nie do końca trafił w moje gusta – pewnie nie wrócę już do książek Bussiego. Myślę, że gdyby Autor jeszcze trochę popracował nad tekstem, mogłaby wyjść z tego jeszcze lepsza powieść. Ja mam z francuskimi pisarzami kryminałów bardzo dobre doświadczenia (wiecie jak uwielbiam Bernarda Miniera i jego thrillery!), więc mimo wszystko cieszę się, że mogłem skonfrontować się z prozą Bussiego. Gdybyście zastanawiali się, po którego z tych pisarzy sięgnąć, ja niezmiennie polecać będę Miniera, ale patrząc na to, ile pozytywnych recenzji zbiera „Mama kłamie”, może powinniście spróbować sami…? Poczytajcie inne opinie, zastanówcie się, czy to coś dla Was, a jeśli przeczytacie, koniecznie dajcie znać, jak Wam się podobało, bo chętnie wysłucham Waszego zdania.  

Za możliwość przeczytania książki bardzo dziękuję Wydawnictwu ŚwiatKsiążki.

Do usłyszenia niebawem! 

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Fantastyczny Poniedziałek: "Nowa Fantastyka" 04/2017 [Recenzja 87.]


Witajcie w nietypowym Fantastycznym Poniedziałku – tym razem jedynie na blogu. W dodatku dzisiaj nie będę opowiadać Wam o książce, ale o… gazecie. A konkretnie „Nowej Fantastyce”, najbardziej chyba znanym polskim piśmie dla miłośników fantasy i science fiction. Dzięki uprzejmości NF miałem przyjemność przeczytania kwietniowego numeru i teraz chciałbym Wam pokrótce opowiedzieć, co możecie tam znaleźć, co mnie najbardziej zainteresowało – i czemu warto sięgnąć po nowy numer tego kultowego już w Polsce czasopisma. Zapraszam!

Pierwszym dużym artykułem, który otwiera ten numer, jest tekst Łukasza M. Wiśniewskiego „Wiking to ma klawe życie”. Wiecie doskonale, że klimaty skandynawskie, wikingowie i wszystko to, co z nimi związane jest mi bliskie, zwłaszcza że opowieści o najeźdźcach z północy są wspaniałą kanwą dla pięknych, barwnych historii – czy to powieściowych, czy filmowych. Autor tekstu analizuje wizerunek wikinga w popkulturze (i w historii), więc zainteresowanym tematem serdecznie polecam!

Teraz może słów kilka o opowiadaniach, które, jak wiadomo, zawsze znajdują się w „Nowej Fantastyce” i ą jednym z ważniejszych elementów każdego numeru. Ja, owszem, przekonuję się ostatnio do polskiego współczesnego fantasy, ale jednak powoli, dlatego gwiazdą tego numeru dla mnie jest Ursula K. LeGuin i jej nowe opowiadanie ze świata Ziemiomorza. Nazwisko Królowej Fantastyki samo dla siebie jest wystarczającą rekomendacją, ale w kilku słowach – wciągająca historia, barwni bohaterowie, cudowny język. Polecam! Jeśli chodzi o polskich autorów, warto zwrócić w tym numerze uwagę na „Chłopca i wiedźmę” Artura Leisena, czyli opowiadanie-baśń, które moim zdaniem utrzymane jest w atmosferze dalekiego wschodu. Mamy tu możliwość przyjrzenia się, jak młody chłopak dorasta i podejmuje pierwsze ważne decyzje w swoim życiu. Najlepsze z polskich opowiadań w tym numerze!

Poza tym od Marcina Mleczaka (opowiadanie „Śmierć bestii”) i Bartłomieja Dzika („Reguła optymalizacji”) otrzymujemy dwie historie o zgubnym wpływie fanatyzmu religijnego. Jedno utrzymane jest w klimacie quasi-średniowiecznym, drugiemu bliżej do science fiction (choć nietypowego!). To dwa zupełnie różne spojrzenia na podobny problem, a zestawienie ich razem pozwala wyciągnąć całkiem ciekawe wnioski – najlepiej będzie, jeśli zerkniecie sami. No i w końcu mamy też krótki tekst Agnieszki Dale pt. „Szczęśliwy kraj”, który moim zdaniem w ogóle do fantastyki nie nawiązuje, ale jest ważnym głosem w sprawie polskich imigrantów w Wielkiej Brytanii. Jeżeli temat Was interesuje, sądzę, że powinniście poznać ten tekst.

Jeśli chodzi o resztę numeru, mamy tu jak zwykle miszmasz przeróżnych tematów, z których postaram się wyłowić ciekawsze artykuły. uwagę zainteresowanych mitycznymi stworzeniami zwracam na tekst Piotra Zawady – ja nie dowiedziałem się zbyt wielu nowych informacji, ale mniej zaznajomionych z biologicznymi ciekawostkami pewnie ten artykuł usatysfakcjonuje. Marcin Zwierzchowski poświęcił trochę czasu by opowiedzieć o Batmanie i Supermanie, a ponieważ na pewno są wśród Was fani tychże – odsyłam Was na stronę 14! W numerze także Krzysztof Piskorski i Rafał Kosik, a także Łukasz Orbitowski, który w swoim felietonie w tym miesiącu omawia film „Ludzkie dzieci”… mnie zachęcił do obejrzenia! Poza tym sporo recenzji nowości marcowo-kwietniowych, w tym polecanych także przeze mnie „Powstania” Iana Tregillisa czy „Pyłu Ziemi” Rafała Cichowskiego i obszerniejszy tekst o głośnym „Problemie trzech ciał” Cixina Liu, który w końcu trafił do rąk polskich czytelników.

Podsumowując, kwietniowy numer uważam za całkiem udany, mieszają się w nim teksty ciekawe, choć nie do końca dla mnie, z takimi, które bardzo mnie zainteresowały – jeśli czytaliście, dajcie znać, co wydało się najciekawsze Wam! Chętnie poczytam :) Dajcie też znać, czy taki wpis był dla Was pomocny i ciekawy :)

Za możliwość przeczytania nowego numeru dziękuję zespołowi Nowej Fantastyki! 

Do usłyszenia niebawem! 

sobota, 18 marca 2017

"Bezsenność" - Monika Siuda [Recenzja 86.]

Witajcie Moi Drodzy!

Wiecie, co jest najgorsze w życiu książkoholika? Zawieść się na książce, od której oczekiwało się bardzo dużo. Gdy magazyn „POCISK” zaproponował mi zrecenzowanie pierwszej powieści w nowej serii kryminałów, bardzo się ucieszyłem – magazyn lubię i regularnie go czytam. Dla mnie „POCISK” to już marka – świetne, dobrze opracowane artykuły i wywiady, interesujące wiadomości z zakresu kryminalistyki, mroczne, intrygujące opowiadania kryminalne pisane przez najlepszych polskich autorów kryminałów. Dlatego z radością spoglądałem w stronę „Bezsenności” Moniki Siudy, pewien, że co jak co, ale „POCISK” nie podpisałby się pod żadnym książkowym „bublem”. A potem zacząłem czytać… i to był, niestety, błąd, bo wolałbym pozostać w błogiej nieświadomości…


Lidia, bogata właścicielka antykwariatu, cierpi na bezsenność – co noc męczy ją koszmar, od którego nie może się uwolnić. Jej poznana przez Internet przyjaciółka umawia Lidię na wizytę u terapeuty, z nadzieją, że to pomoże rozwiązać problem. Tymczasem na ulicy zaczepia kobietę obcy mężczyzna, twierdząc, że jest jej bratem. Niestety nie ma szansy wyjaśnić, o co dokładnie mu chodzi, bo zostaje zastrzelony… Z tym wątkiem splata się także historia dwóch policjantów, którzy zafascynowani starymi sprawami kryminalnymi zaczynają szperać w policyjnym archiwum. To, co tam odnajdą, zmieni nie tylko ich życie… Brzmi ciekawie? Niestety, na tym się kończy.

Nawet nie wiem, od czego zacząć. Może od bardzo słabego języka, bo on pierwszy rzuca się w oczy. Koszmarnie drętwe dialogi. Mnóstwo niezręczności, błędów stylistycznych, składniowych i każdych innych. Jeśli mam być zupełnie szczery, to ta książka właściwie nadaje się do przepisania przez kogoś, kto sprawnie posługuje się (literackim!) językiem polskim. Ja wiem, że nie jest to rola redaktora i korektora, bo oni mają wspomóc autora i wygładzić przesłany przez niego tekst, ewentualnie służyć radą, a nie przepisywać książkę, ale ten tekst redakcji chyba nie widział. Błędy ortograficzne i literówki (w ilości znacznie przekraczającej dozwoloną), braki myślników dialogowych… jednym słowem tragedia. Chwilami zapis wręcz utrudnia czytanie, a to już jest niedopuszczalne. W dziesiątkach książek które czytam, prawie nie spotykam już czegoś takiego – a jednak jeszcze się zdarza, jak widać.

Autorka zdaje się nie mieć kompletnie wyczucia językowego i literackiego, sceny buduje jak w opowiadaniu do szkolnej gazetki, do znudzenia powtarza w kółko te same zdania (oszczędzę Wam przykładów, bo nie chcę być okrutny, a poza tym… nawet nie wiedziałbym, na co się zdecydować), a sytuacjom opisanych na kartach powieści daleko do realizmu. Z niedowierzaniem sprawdziłem, że „Bezsenność” jest piątą książką Moniki Siudy – mam nadzieję, że to jednorazowa wpadka, bo jeśli nie, zastanawiam się, kto i dlaczego wydał poprzednie? I wiecie co wam powiem? To przykre, bo mamy w Polsce tak wspaniałych pisarzy kryminałów. Sami wiecie i byliście świadkami tego, jak musiałem odszczekać wszystko, co mówiłem o polskich autorach. I nie chodzi mi tylko o tych już bardzo znanych, nawet na świecie – Krajewskim, Bondzie, Miłoszewskim czy Mrozie. Mamy naprawdę rewelacyjnych debiutantów, na przykład Roberta Małeckiego („Najgorsze dopiero nadejdzie”) czy Małgorzatę Łatkę („Kamfora”), żeby daleko nie szukać, i wielu innych uznanych twórców: Joannę Jodełkę, Joannę Opiat-Bojarską, Marcina Wrońskiego, Katarzynę Puzyńską. Skąd decyzja, żeby wydać „Bezsenność”? Nie rozumiem.

W końcu coś, co bardzo mnie, jako człowieka związanego z psychologią, zabolało: wątek psychologiczny właśnie, który zawiera karygodne błędy i przekłamania. Jestem niemal w stu procentach pewien, że żaden specjalista nie konsultował tego tekstu. Jeżeli Autorka rzeczywiście, jak zostało zapisane na skrzydełku, choć odrobinę interesuje się psychologią, powinna wiedzieć, że żaden szanujący się psychoterapeuta (a zwłaszcza „jeden z najlepszych na uczelni”), n i g d y  nie zachowywałby się tak jak Waldemar Kurak. W ostatniej chwili odwołuje wizyty z pacjentami, żeby spotkać się z Lidią (nie, nie dzieje się nic, co wymaga nagłej interwencji), pozwala jej przyjaciółce uczestniczyć, i to aktywnie, w seansach i całym procesie „leczenia” (celowo biorę ten wyraz w cudzysłów, bo w tym przypadku trudno mówić o prawdziwym leczeniu), zachowuje się skrajnie niezgodnie z kodeksem etycznym psychologa, a już ten pastisz seansu hipnozy, który proponuje Lidii, mimo że, jak sam jej przyznaje (sic!) nie ma odpowiedniej wiedzy, woła o pomstę do nieba. Jak ludzie mają ufać psychologom, jeżeli ci wciąż w ten sposób są przedstawiani w literaturze? Nie wierzcie w zapisane w „Bezsenności” bzdury i pamiętajcie, że psycholog oferuje realną pomoc, a wizyta u niego to nie zabawa, jak mogłoby się wydawać po lekturze tej książki.

Myślę, że tyle wystarczy... Jest mi przykro, jestem rozżalony i zły, bo sami dobrze wiecie, że zawsze staram się w książce znaleźć dobre strony. Niestety w tym przypadku to się nie udało. W miarę interesujący pomysł zginął zgnieciony wykonaniem i brakiem warsztatu. Byłbym skrajnie niewiarygodny, gdybym polecał Wam tę… tę książkę. „Bezsenność” niestety jest dowodem, że chyba jednak nie warto wydawać książek wszystkim, którzy uważają, że mogą coś napisać – dziś, gdy mamy dostęp do tak wielu powieści, kluczem do sukcesu jest dobra selekcja i rzetelne opracowanie. W obliczu zalewu rewelacyjnych powieści kryminalnych niestety nie warto nawet patrzeć w stronę „Bezsenności” – poczytajcie kryminały, którymi Polska już teraz słynie, ale te dobre, które dostarczą mocnych wrażeń, mnóstwa emocji, świetnych historii… I tak jak, jeszcze raz to podkreślę, magazyn „POCISK” bardzo lubię, i na pewno nie przestanę go czytać, tak jeżeli w serii „Literatura z POCISKIEM” będą pojawiać się takie powieści jak „Bezsenność”, to szkoda mi tracić na nie czas. Za dużo jest dobrych książek na rynku. :)


Mimo wszystko dziękuje „POCISKOWI” za egzemplarz do recenzji, a Wam za czas poświęcony na czytanie tej notki.

Do usłyszenia już niebawem!   

   

piątek, 17 lutego 2017

"Ucieczka na szczyt" - Bernadette McDonald [Recenzja 85.]

Witajcie, Moi Drodzy!
Wiecie dobrze, że temat gór, wspinaczki wysokogórskiej, himalaizmu jest mi bardzo bliski, staram się czytać na ten temat ile tylko mogę i czasem także Wam przemycam recenzje książek poświęconych zdobywcom gór. Ostatnio sporo się o tym mówi, wracamy do czasów, gdy polscy himalaiści byli potęgą, przypominamy sobie tamte czasy i okoliczności, czego doskonałym przykładem biografia Jerzego Kukuczki, o której opowiadałem Wam pod koniec ubiegłego roku. Dzisiaj znów cofniemy się w czasie, bo mam dla Was inną książkę poświęconą polskim himalaistom, którą uważam za zdecydowanie godną uwagi, a mówię o „Ucieczce na szczyt” kanadyjskiej dziennikarki Bernadette McDonald. Zapraszam na recenzję!


Bernadette McDonald od lat zainteresowana jest tematem himalaizmu, spod jej pióra wyszło kilkanaście książek na ten temat. Od lat jednak ze szczególnym zafascynowaniem przygląda się polskiemu ruchowi wspinaczkowemu, bo jak sama twierdzi, polscy himalaiści to legenda, która jej się nudzi. Owocem tego zafascynowania jest właśnie książka „Ucieczka na szczyt”, która wnikliwie i dogłębnie przedstawia historię polskiego himalaizmu, a konkretnie rzecz ujmując, jego tzw. „złotego wieku” w kontekście historii i przemian w naszym kraju. Można powiedzieć, że spośród wielu bohaterów tej historii czterech wybija się niejako na plan pierwszy: Wanda Rutkiewicz, Wojciech Kurtka, Krzysztof Wielicki i, oczywiście, Jerzy Kukuczka.

Możecie powiedzieć, że to wszystko już było, ale siła opowieści Bernadette McDonald polega na tym, że przedstawia szerokie tło historii naszych bohaterów. Autorka opisuje ich przeszłość, narodziny miłości do gór, historie rodzinne – mnie na przykład szczególnie zainteresowały fakty z przeszłości Wandy Rutkiewicz, bo nie o wszystkich wiedziałem. Dzięki tym faktom z życia prywatnego, bohaterowie sprzed lat ożywają, stają nam się bliżsi, widzimy ich choć trochę tak, jak widziała ich McDonald, gdy miała okazję z nimi rozmawiać. Każda z postaci jest dokładnie opisana, poznajemy ich ambicje, pragnienia, wolę walki, często bardzo skomplikowane charaktery. Każdy, kto pokonuje tak tytaniczny wysiłek i wspina się wiele tysięcy kilometrów, musi być niezwykłym człowiekiem, i „Ucieczka na szczyt” jest książką właśnie o takich ludziach – niezwykłych i nietuzinkowych.

Jednakże najmocniejszą stroną tej książki jest chyba tło obyczajowe i historyczne, które, jak twierdzi McDonald, oczywiście słusznie, nierozerwalnie związane było z sukcesem naszych wspinaczy. Autorka pokazuje system, który pchał himalaistów w góry, by szczycić się ich sukcesami, a jednocześnie niczego im nie ułatwiał: nie było odpowiedniego sprzętu, funduszy, czasu na treningi. Wspinacze sami odpowiedzialni byli za przygotowanie się do wypraw, zdobycie materiałów i zapasów, i radzili sobie jak mogli. Na uwagę i szacunek zasługuje również ogrom pracy, jaki włożyła autorka, by poznać historię naszego kraju, okresu wojny i PRL-u, bo to te czasy zostały opisane w „Ucieczce na szczyt”. Jednakże poza czysto edukacyjnymi walorami książka pokazuje też, czym naprawdę była, i może stać się wędrówka po górach – ucieczką od problemów życia codziennego, pracy, ucieczką w ciszę i świat, który dostępny jest tylko niektórym. Nie ulega jednak wątpliwości, że w złotej erze himalaizmu polskiego ucieczka w góry stała się dla sportowców ucieczką od problemów społecznych i politycznych, które nie tylko pchnęły ich w góry, ale też były w pewien sposób drabiną do sukcesu – i to właśnie stara się między innymi pokazać w swojej książce McDonald.

Cóż, wydaje mi się, że podsumowanie tej recenzji wydaje się dość oczywiste – dla osób, które interesują się himalaizmem, zwłaszcza tym polskim, to lektura obowiązkowa. Wnikliwa i interesująca, pozwala się dużo dowiedzieć tym, którzy jeszcze nie mają szerokiej wiedzy na ten temat, a pogłębić wiadomości wszystkim, którzy już co nieco o wspinaczce czytali. McDonald pisze zajmująco i z pasją, analizując życie i sukcesy polskich himalaistów w szerokim kontekście, pomaga im ożyć w naszej wyobraźni na nowo i budzi, przynajmniej we mnie, tęsknotę za górami. Do tego książka jest ładnie wydana i uzupełniona zdjęciami, co oczywiście ubogaca lekturę. Mam więc nadzieję, że zainteresowałem Was tą książką, bo ja z ciekawością zerkam teraz w kierunku innych książek Bernadette McDonald – myślę, że ma ona jeszcze w zanadrzu wiele historii do opowiedzenia!

Bardzo dziękuję za egzemplarz recenzencki Wydawnictwu Agora.

Do usłyszenia niebawem!  

poniedziałek, 13 lutego 2017

"Dziennik kasztelana" - Evžen Boček - PATRONAT [Recenzja 84.]

Witajcie, moi Drodzy, w kolejny piątek! Dzisiaj recenzja książki, którą miałem ogromną przyjemność objąć patronatem medialnym, książki jednego moich ulubionych czeskich autorów. Po ogromnym sukcesie „Ostatniej arystokratki” i „Arystokratki w ukropie” powraca Evžen Boček – mistrz czeskiego humoru i ironii! Tym razem przed Wami „Dziennik kasztelana”, czyli opowieść o pewnym kasztelanie i go zamku… a może o pewnym zamku i jego kasztelanie? Posłuchajcie sami…


Wiktor ma serdecznie dość życia w wielkim mieście i opuszcza Pragę, by objąć posadę kasztelana na pewnym morawskim zamku. Na miejscu Wiktor zastaje zniszczone zamczysko i grupę nieco ekscentrycznych pracowników, a dodatkowo poznaje mnóstwo historii związanych z przeszłością zamku i poprzednim kasztelanem – człowiekiem, który niemalże obrósł legendą wśród mieszkańców zamku i okolicznych terenów. Niestety nikt nie wspomina go dobrze, więc Wiktor musi się zmierzyć z historią, jeżeli chce teraz zaopiekować się zamkiem. Wizja sielankowego życia szybko się jednak rozwiewa, bo jego nowe miejsce zamieszkania zdaje się żyć własnym życiem, a gdy do Wiktora sprowadzają się żona i córeczka, zamek zdaje się źle wpływać na dziewczynkę… Rodzice zaczynają się o nią martwić. Jeśli chcecie się dowiedzieć, co z tego wyniknie i czy kasztelan odkryje tajemnicę zamku, sięgnijcie po „Dziennik kasztelana”.

Na samym początku muszę zaznaczyć, że „Dziennik kasztelana” nie ma nic wspólnego z poprzednimi powieściami Bočka. Jeżeli oczekujecie kontynuacji „Arystokratki w ukropie” lub chcecie spotkać tych samych bohaterów, to w „Dzienniku kasztelana” ich nie znajdziecie. Jedynym, co łączy te książki, jest miejsce akcji – zamek. Poza tym jednak „Dziennik…” jest zupełnie samodzielną historią. Wcale jednak na tym nie traci, bo Boček zdecydował się tym razem na opowieść w zupełnie innym klimacie – jego najnowsza powieść to nie typowa czeska komedia. Oczywiście, widać w niej charakterystyczny, lekki, ironizujący styl autora, który tak dobrze znamy, ale jednocześnie Boček postawił tym razem na dreszczyk emocji. Zamek to nawiedzone miejsce, w którym wszyscy mieszkańcy czują się nieswojo – nieswojo czujemy się nawet my, czytelnicy. Autor sięga do klasyki: pękające lustra, skrzypiąca podłoga, dziwne, niewyjaśnione zdarzenia. Zapewniam was jednak, że te stare sposoby dalej działają!

Dodatkowo Evžen Boček sam jest kasztelanem, dlatego jego powieść jest częściowo powieścią autobiograficzną. Sam „Dziennik…”, tak jak wskazuje tytuł, napisany jest w formie pamiętnika. Autor pokazuje nam, jak wygląda opieka nad zamkiem i życie w nim na co dzień, jak planuje się sezon turystyczny i ile pracy wymaga czuwanie nad takim miejscem. Tak jak w serii o Marii Kostce wyśmiewa biurokrację, koneksje, przedstawia nam czeską mentalność i podejście do życia. Przede wszystkim jednak, „Dziennik kasztelana” to wspaniała powieść „rozrywkowa” – lekka i przyjemna, dobrze się czyta i wspaniale się przy niej bawimy! Uważam że to bardzo dobrze, bo brakuje mi ostatnio literatury, którą możemy czytać dla czystej przyjemności i do której możemy po czasie wracać z uśmiechem na ustach, a Evžen Boček takich właśnie książek nam dostarcza.

Podsumowując, „Dziennik kasztelana” to świetna propozycja zarówno dla tych, którzy Bočka już znają, jak i dla tych, którzy dopiero chcą się zaznajomić z jego twórczością. Miłośnicy czeskiego humoru i opowieści z dreszczykiem będą zachwyceni! Jeżeli ta rekomendacja Was zachęca, koniecznie zajrzyjcie na mojego Facebooka i do recenzji na YouTubie, bo mam tam dla Was do wygrania książki wraz z blogowymi zakładkami – warto brać udział w konkursach!



Bardzo dziękuję Wydawnictwu Stara Szkoła za egzemplarz recenzencki, egzemplarze konkursowe i możliwość objęcia książki patronatem medialnym.

Do usłyszenia niebawem!

sobota, 4 lutego 2017

"Pragnienie" - Richard Flanagan [Recenzja 83.]

Cześć!
Bardzo cieszyłem się, że będę miał okazję przeczytać książkę, o której dziś chciałbym Wam opowiedzieć. Zupełnym zbiegiem okoliczności znalazły się na mojej półce trzy powieści Richarda Flanagana wydane w Polsce, chociaż jeszcze nie zdążyłem przeczytać żadnej z nich. Nasłuchałem się jednak mnóstwa dobrych słów na temat jego prozy, dlatego gdy usłyszałem, że Wydawnictwo Literackie wydaje kolejną jego książkę i dostałem propozycję zrecenzowania jej, nie wahałem się ani chwili. I tak trafiło do mnie „Pragnienie”. Czy żałuję? Absolutnie nie! Dzisiaj wraz z Richardem Flanaganem zabieram Was w podróż do XIX wieku, na antypody i w otchłań ludzkiej duszy…


W 1841 roku na Ziemię van Diemena, która później nazwana zostanie Tasmanią, przybywa nowy gubernator, sir John Franklin, wraz z żoną, lady Jane. Postanawiają oni w ramach eksperymentu ucywilizować małą Aborygenkę, Mathinnę, by sprawdzić, czy „dzikusy”, jak nazywają rdzennych mieszkańców Australii, nadają się do życia między ludźmi. Kilka lat później małżeństwo wraca do Anglii, a stamtąd sir Franklin wypływa na polarną ekspedycję, po której słuch o nim zaginie. Gdy do Anglii napływają wieści o rzekomych aktach kanibalizmu członków załogi, zrozpaczona lady Jane zrobi wszystko, by walczyć o honor zaginionego męża. Prosi Charlesa Dickensa, młodego pisarza, która sława wciąż rośnie, by wdał się w polemikę z oszczercami, a ten zgadza się, i pisze sztukę poświęconą zagranicznym wojażom sir Franklina. Dziwnie jednak odnajduję się w jego postaci, a sytuacje, które opisuje, zaczyna odnosić do swojego życia… Co z tego wyniknie i jak potoczą się losy bohaterów, dowiecie się oczywiście, gdy sięgniecie po powieść.

Zacznijmy od tego, że „Pragnienie” to chyba jedna z mniej znanych powieści Flanagana w Polsce: „Księga ryb Williama Goulda” wydana była u nas jako pierwsza już kilkanaście lat temu, a rozgłos przyniosły temu pisarzowi „Ścieżki północy” nagrodzone Nagrodą Bookera w 2014 roku. „Pragnienie” mamy okazję poznać dopiero teraz, ale mam nadzieję, że trafi ono do jak najszerszego grona odbiorców, bo zdecydowanie na to zasługuje! Pierwsze, co rzuca się w oczy, i na co trzeba zwrócić uwagę, to świetna konstrukcja tej powieści. Akcja rozgrywa się na kilku planach czasowych, a poszczególne wątki pięknie się ze sobą splatają intrygując i napędzając wydarzenia tak, że cały czas jesteśmy ciekawi, co wydarzy się w następnym rozdziale. Warto nadmienić, że akcja powieści oparta jest o prawdziwe wydarzenia: historia adopcji Mathinny i tragicznego w skutkach „eksperymentu” lady Jane to fakty, na których Flanagan opiera swoją wciągającą historię. Prawdziwy jest także obraz aborygeńskiej księżniczki, który w kulminacyjnym punkcie powieści odgrywa niebagatelną rolę…

Świetne są również kreacje bohaterów – każdego autor obdarza własną historią, charakterem, życiem wewnętrznym. Lady Jane to nieco zagubiona, poraniona wewnętrznie kobieta, która udaje surową i chce pociągać za sznurki. Sir John Franklin to właściwie marionetka w rękach żony, bo jedyne, co tak naprawdę kocha, to zamorskie podróże. Mała Mathinna to bodaj najdziwniejsza postać tego dramatu: skryta, skrzywdzona przez życie, nierozumiana przez otaczających ją ludzi – bo nie może i nie chce być przez nich zrozumiana. Ale dla mnie najciekawszym bohaterem jest jednak Charles Dickens, słynny pisarz, wówczas u szczytu kariery. Mimo że odnosi sukcesy, jego życie nie jest zbyt szczęśliwe – jako artystyczna dusza wciąż szuka odpowiednich środków, aby wyrazić ukryte pragnienia, które w nim drzemią, a nieudane małżeństwo zdaje się więzić i ograniczać młodego mężczyznę… 

No właśnie, kluczowym słowem powieści Flanagana są oczywiście tytułowe pragnienia. Pisarz pokazuje nam, że każdy człowiek marzy, każdy dąży do tego, żeby być szczęśliwym. W moich ustach to brzmi jak banały, ale wierzcie mi, że w wykonaniu Flanagana to wcale nie takie banalne. Autor poprzez ból i tęsknoty swoich bohaterów każe nam się zastanowić, czego tak naprawdę pragniemy my i do czego dążymy? Czy aby to, co teraz wydaje nam się szczęściem, na pewno nim jest? A może nie doceniamy tego, co mamy, a mamy bardzo dużo? Czy tak jak Dickens wiecznie gonimy za bliżej niesprecyzowanymi marzeniami, czy może jak lady Jane, próbujemy sobie zrekompensować pewne braki, bojąc się spojrzeć prawdzie w oczy? Wiele takich i innych pytań trzeba sobie zadać po lekturze „Pragnienia”, ale moim zdaniem tym bardziej wato po tę książkę sięgnąć.

Podsumowując, czwarta wydana w Polsce powieść Richarda Flanagana to strzał w dziesiątkę, piękna opowieść, która przeniesie nas w kolorowy wiek XIX, do aborygeńskiej wioski, odległej kolonii karnej i na angielskie salony. Wzruszające i momentami wstrząsające losy bohaterów w zamyśle mają poruszyć i nas i dotknąć czułych strun naszych emocji – w moim przypadku zadziałało. Żeby się przekonać, czy i w Waszym zadziała, musicie sięgnąć po „Pragnienie”. A ja tymczasem już ostrzę sobie zęby na następne powieści tego autora. Gdybyście chcieli o „Pragnieniu” jeszcze trochę posłuchać, zapraszam na recenzję filmową na kanale.




Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Literackiemu


Do usłyszenia już wkrótce! :)