Oto subiektywny blog i videoblog literacki! Kto czyta, żyje podwójnie, więc dlaczego nie korzystać z tej szansy? Zapraszam na wspólną podróż do świata literatury! :)

sobota, 23 stycznia 2016

"Aplikacja" - Lauren Miller [Recenzja 24.]

Wyobrażacie sobie świat, w którym nie musicie podejmować żadnych decyzji? W którym to, co najlepsze, wybiera dla Was aplikacja na telefon? W którym wszystko dziej się w sieci? Dzisiaj właśnie o takim świecie Wam opowiem, a to za sprawą książki… dla młodzieży. Zapraszam na recenzję „Aplikacji” Lauren Miller.


Rory jest zwykłą nastolatką, a właściwie była nią, dopóki nie dostała się do najbardziej prestiżowej szkoły w Stanach – Akademii Theden. To niezwykła placówka, do której przyjmują tylko najlepszych, Rory odnosi więc wielki sukces. Szybko się jednak okazuje, że łatwo nie będzie. Do tej pory życiem Rory kierował Lux, aplikacja, która pomagała podejmować decyzje – od tych najbardziej błahych, jak wybór śniadania, po najważniejsze, decydujące o całym życiu. W Akademii dziewczyna zaczyna jednak słyszeć wewnętrzny głos, którego rady brzmią dokładnie odwrotnie, niż rady Luxa. Zresztą to nie jedyna dziwna rzecz, jaka ma miejsce w Theden – tajemne stowarzyszenie uczniowskie, sekrety rodziny Rory i North, buntownik, który, choć odmawia używania Luxa, fascynuje dziewczynę od pierwszej rozmowy… Co z tego wyniknie? Dokąd zaprowadzi Rory podróż w przeszłość? I kim jest Doktor Tarsus, która tak bardzo jej nienawidzi? Sięgnijcie po „Aplikację”, żeby się tego dowiedzieć…

Nawet nie wiecie, jak dawno nie czytałem takiej typowej książki młodzieżowej, o nastolatkach dla nastolatków, o ich perypetiach i miłościach. Ponieważ chciałbym jednak recenzować dla Was książki z możliwie jak największego wachlarza gatunków, zdecydowałem się na współpracę z Wydawnictwem Feeria Young i otrzymałem właśnie książkę Lauren Miller. I wiecie, że nie mogłem się od niej oderwać? Fabuła tej książki naprawdę wciąga, więc po prostu chcę się czytać. To oczywiście jedna z tych lektur, które czytamy dla zupełnego oderwania się od rzeczywistości, nie oczekując niczego innego, ale okazało się, że „Aplikacja” ma do zaoferowania coś więcej, czyli ciekawy pomysł. Droga, którą podąża Rory, naprawdę nie jest łatwa, a prowadzi do – przynajmniej po części – naprawdę zaskakującego zakończenia. To niewątpliwy plus tej powieści.


Jeszcze jedno, co bardzo miło mnie zaskoczyło, to duża ilość odniesień do kultury i klasyki literatury. Duża część intrygi fabularnej oparta jest nawet na „Raju utraconym” Johna Miltona, którego fragmenty autorka wplotła w tekst. Takie propagowanie klasycznej literatury, zwłaszcza takiej, po którą adresaci „Aplikacji”, czyli młodzież, raczej już nie sięga, zawsze jest na plus. Z drugiej strony, żeby trochę pomarudzić, razem z propagowaniem literatury mogło by iść w parze propagowanie pięknej polszczyzny. Po co, zamiast nazwać telefon telefonem, nazywać go hendheldem? Nie lubię takich zabiegów, bo według mnie niczemu nie służą, ale cóż – nie czepiajmy się za bardzo, bo książkę mimo wszystko czyta się dobrze.

Oczywiście, młodzi bohaterowie podchodzą do świata trochę naiwnie. Oczywiście, ich decyzje bywają nieracjonalne i (czasem) trochę irytujące – zwłaszcza gdy, zamiast ponieść konsekwencje tych lekkomyślnych decyzji, wychodzą zawsze obronną ręką z tarapatów. Wierzcie mi jednak, że w tym wypadku ani trochę nie przeszkadza to w czytaniu, zwłaszcza gdy założymy, że tak to z tą literaturą bywa. A co ważniejsze, bohaterowie nie przysłaniają mocnego przesłania wyłaniającego się z powieści i pozwalają mu wybrzmieć bardzo wyraźnie: uważajmy, co robimy w sieci, i zastanówmy się, czy technologia nie ogranicza nas i nie tłamsi. Zbyt dużo dzieje się teraz „online”, a zdecydowanie zbyt mało „w realu”. Może warto to zmienić, dopóki nie jest jeszcze za późno?

Jeżeli macie ochotę zapoznać się z wersją logową mojej recenzji, zapraszam oczywiście TUTAJ.





Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young.


Do usłyszenia niebawem! :) 

środa, 20 stycznia 2016

Fantastyczny Poniedziałek: "Nieśmiertelni z Meluhy" - Amish [Recenzja 23.



Przyszedł czas na kolejny Fantastyczny Poniedziałek i znów wyruszamy w fantastyczny świat, tym razem – rodem z mitologii. I to mitologii hinduskiej. Książka, o której mowa, nie jest z pewnością idealna, o czym zaraz Wam opowiem, ale mimo to chcę o niej wspomnieć, bo myślę, że warto.  Przed Wami powieść wprost z dalekich Indii – „Nieśmiertelni z Meluhy” autorstwa Amisha.




Mamy rok 1900 p.n.e.. Śiwa przewodzi plemieniu żyjącemu w Tybecie, w Himalajach. Życie tam nie jest proste, bo upływa na ciągłych walkach z wrogimi plemionami, dlatego gdy w wiosce zjawia się przybysz zza gór, który w zamian za uczciwą pracę proponuje spokojne i dostatnie życie w swoim kraju, Śiwa, po krótkim zastanowieniu zgadza się. Po kilku tygodniach wraz ze swoim ludem dociera do Meluhy, która okazuje się być państwem niezwykłym, a przede wszystkim niesamowicie rozwiniętym technologicznie. W dodatku meluhańczycy odkryli przepis na specjalny napój, który zapewnia im długowieczność. Mają jeden problem, a jest nim wrogi lud, które ostatnio poczyna sobie coraz odważniej, napadając na meluhańskie wioski. Szybko okazuje się, że Śiwa nie przez przypadek został zaproszony do Meluhy. Kim jest, i jaką rolę w Melusze ma do spełnienia? Sięgnijcie po pierwszy tom „Trylogii Śiwy”, by się o tym przekonać.


Zacznijmy od plusów tej książki, a jednym z nich jest niewątpliwie osadzenie akcji powieści w realiach starożytnych Indii. Widać, że autor dobrze orientuje się w hinduskiej mitologii i wiele wątków z niej wplata w swoją powieść, a właściwie to z mitów tka kanwę dla akcji powieści. Śiwa, jeden z najważniejszych hinduskich bogów, tutaj staje się człowiekiem, takim jak Ty i ja. Cała historia jest jednak spójna i naprawdę interesująca, fabuła wciąga i nie pozwala się oderwać, a na samym końcu znajdziemy iście „polsatowskie cięcie”, więc nie mogę doczekać się, aż w moje ręce wpadnie tom drugi „Trylogii Śiwy”, bo jestem ciekaw, jak to wszystko się skończy…

Kolejną zaletą są interesujące postaci – ciekawe, pogłębione charaktery, każdy bohater ma swoją historię. Na uwagę zasługuje księżniczka Sati, ukochana naszego głównego bohatera. Tych, którzy jęknęli na myśl o wątku romansowym, śpieszę uspokoić – wątek miłosny jest, ale jest naprawdę ciekawie skonstruowany i absolutnie nie jest mdły ani specjalnie przewidywalny. Sati jest bowiem wikarmą, czyli osobą, która musi odpokutować za złe uczynki popełnione w poprzednich wcieleniach. W efekcie nie ma prawa wyjść za mąż. W jaki sposób zakochani wybrną z tej sytuacji, musicie przekonać się sami, ale zapewniam Was, że ich droga nie będzie usłana różami.  

No ale zbyt pięknie być nie może – pora troszkę ponarzekać… Chociaż książka ma potencjał fabularny, mam wrażenie, że zabrakło talentu pisarskiego. Pewne rozwiązania rozwiązania są według mnie co najmniej kontrowersyjne. Meluha przedstawiona została jako kraj mlekiem i miodem płynący, który jest niezwykle rozwinięty technologicznie, ale powóz konny z automatycznym alarmem? Ataki terrorystyczne? Prysznice i kanalizacja? Tlen, antyoksydanty i teoria rozszczepienia światła? No cóż, według mnie to wszystkie nie bardzo pasuje do starożytnych Indii, nawet w książce fantastycznej. Autor chciał chyba pokazać, j a k  b a r d z o  zaawansowana jest Meluha, ale chyba mu niestety nie wyszło. A szkoda, wielka szkoda…

Podsumowując, „Nieśmiertelni z Meluhy” to dobry pomysł, tylko nie do końca dobrze wykonany. Niemniej polecam Wam tę książkę, bo czyta się ją przyjemnie, jeśli pewne sformułowania potraktujemy jako żart. To pierwszy tom całkiem obiecującej trylogii. Czekam na kolejne tomy, żeby dowiedzieć się, co było dalej. A Wy, jeśli macie ochotę, możecie chwytać powieść i czytać, albo… posłuchać mojej recenzji w wersji vlogowej TUTAJ. :)





Za udostepnienie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Do następnego razu, J. :)

piątek, 15 stycznia 2016

"Ekspozycja" + "Przewieszenie" - Remigiusz Mróz [Recenzja 22.]

To, że Remigiusz Mróz pisze książki zapierające dech w piersiach, już wszyscy wiemy, podobnie jak to, że z lekkością i wdziękiem lawiruje pomiędzy gatunkami literackimi, z każdym radząc sobie równie dobrze. Że trudno się od jego powieści oderwać, a czytanie grozi niewyspaniem i książkowym kacem, też wiemy. Że jest Maestrem Książkowych Suspensów również. Ale jeśli do tego wszystkiego dodać, że cykl z komisarzem Wiktorem Forstem dzieje się w  T a t r a c h, to mamy kryminał idealny. Po przeczytaniu „Ekspozycji” i „Przewieszenia” – zwłaszcza „Przewieszenia”! – jestem w siódmym niebie. I z przyjemnością Wam o tych książkach opowiem.


Wszystko zaczęło się na Giewoncie, gdzie zostaje znalezione nagie ciało starszego mężczyzny przywiązane do krzyża. W gardle ofiary tkwi tajemniczy numizmat. Kilka godzin później, komisarz Wiktor Forst bez wyraźnego powodu zostaje odsunięty od śledztwa, jest już jednak za późno, by uśpić jego ciekawość. Wiktor zwraca się o pomoc do dziennikarki, Olgi Szrebskiej, i razem zaczynają wyścig z czasem i policją, tocząc brawurową walkę o odkrycie prawdy. Gdzie należy szukać motywów mordercy i co mają z nimi wspólnego starożytne monety? Tego dowiecie się w „Ekspozycji”.

„Przewieszenie” to bezpośrednia kontynuacja pierwszego tomu, która od pierwszych stron dowodzi, że Remigiusza Mroza nie dotyczą żadne prawa współczesnej literatury – a już na pewno nie „prawo słabszego drugiego tomu”. Jest mroczniej, brutalniej i jeszcze bardziej tajemniczo niż poprzednio. Zaczyna się od serii wypadków w górach, ale na czym się skończy? Do czego zdolny jest zwyrodnialec, który spycha ludzi z najniebezpieczniejszych polskich szlaków? Forst znów musi działać na granicy prawa, cały czas podążając krok za mordercą. No właśnie, Forst… teraz kilka słów o nim, bo zdecydowanie mu się należą.


Wiktor Forst nie jest na pewno zwykłym komisarzem. Nie jest nawet niezwykły w tym sensie, który moglibyście sobie wyobrazić. Jest irytującym, butnym, zimnokrwistym, impulsywnym, pewnym siebie alkoholikiem i palaczem, którego… nie sposób nie lubić. Powiecie, że już tacy byli. Ale Wiktor jest inny, bo nasz, polski. Wiecie, Norwegowie mają Harry’ego Holego, a my mamy Forsta (swoją drogą mam wrażenie, że „norweski MacGyver” był dla Autora inspiracją, ale to nic złego! Przykro mi, ale Forst jest lepszy :D). Holmes miał fajkę, Poirot melonik, a Forst ma Big Redy i czerwone Westy, ale możemy być z niego dumni. Przez pierwszych sto stron „Ekspozycji” myślałem, że nie zniosę go ani chwili dłużej.  Że jest nierealistyczny, że nikt tak nie postępuje, że to bez sensu… A później stwierdziłem, że w tym szaleństwie jest metoda! Forst to osoba ani czarna, ani biała, wiele z jego działań jest co najmniej wątpliwych moralnie, ale po prostu nie sposób go nie lubić. Musicie poznać Wiktora Forsta!

Niezwykle podoba mi się to, że dwa tomy, a wszystko wskazuje, że i trzeci również, to kontynuacja jednej sprawy. Świetny pomysł i świetna realizacja, zaskoczenie goni zaskoczenie, prowadząc do zakończenia zupełnie zbijającego z tropu. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniał o górach… Remigiusz Mróz opisuje Tatry po mistrzowsku. Miałem niebywałe szczęście przejść szlaki, o których pisze, „w tę i z powrotem”, i wierzcie mi, dokładnie tak to wygląda. We mnie już same nazwy budzą tęsknotę za wyruszeniem na szlak, więc dla wszystkich „górołazów” i tatromaniaków, zwłaszcza tych którzy mają topografię Tatr w małym palcu, bo po prostu tam bywają, cykl z Forstem, a zwłaszcza „Przewieszenie”, będzie prawdziwą gratką, bo wywoła przede wszystkim falę wspomnień. Już tam pal licho tych morderców, ale zapragniecie znowu się tam znaleźć, zapewniam!

I przyszedł czas na podsumowanie, a ja nawet nie wiem, czy Wy mi w ogóle jeszcze w te pochwały wierzycie. I co, znów mam powtórzyć, żebyśmy czytali Mroza jak najwięcej? No powtórzę, bo co mam zrobić. Powiem Wam jeszcze tylko, że jak na razie cykl z Forstem wysunął się na prowadzenie, a „Przewieszenie” zajęło pierwsze miejsce w moim rankingu książek Mroza. Ekstraklasa – jak zwykle. 

Jeśli macie ochotę na recenzję video, zapraszam oczywiście TUTAJ.




Za udostępnienie książek do recenzji dziękuję Wydawnictwu FILIA.


Do usłyszenia w następnych recenzjach! J. 

wtorek, 12 stycznia 2016

"Parabellum" - Remigiusz Mróz - PRZEDPREMIEROWO [Recenzja 21.]

13 stycznia długo wyczekiwana premiera trzeciego tomu cyklu „Parabellum” Remigiusza Mroza. Jedna historia, trzy tomy i całe grono postaci, o których chcę Wam opowiedzieć. Co prawda wciąż nie doszedłem do siebie po wczorajszym zakończeniu tomu trzeciego, ale mam nadzieję, że uda mi się sklecić tych kilka zdań ;). Przed Wami „Prędkość ucieczki”, „Horyzont zdarzeń” i – przedpremierowo! – „Głębia osobliwości”!


Nad Polską wisi widmo wojny, ale w Warszawie życie toczy się swoim torem – Staszek Zaniewski, świeżo upieczony lekarz, i Maria Herensztad planują ślub i choć z niepokojem obserwują posunięcia Trzeciej Rzeszy, są szczęśliwi, bo przecież są razem. W tym samym czasie na południu Polski, przy granicy z Rumunią, Bronek, brat Staszka, przygotowuje się do obrony ojczyzny. Konflikt z chorążym Chwieduszką nie ułatwia mu życia w wojsku, ale przecież to jeszcze nie koniec świata. Koniec świata – świata, który nasi bohaterowie tak dobrze znają – dopiero nadchodzi. Wybuch wojny brutalnie niweczy dotychczasowe plany. Oddział, w którym służy Bronek, zostaje rozbity już na początku działań wojennych, przy życiu zostaje tylko czterech żołnierzy, którzy muszą spróbować przedostać się na polskie pozycje. Staszek i Maria podejmują dramatyczną decyzję o pozostawieniu rodzin i ucieczce do sojuszniczej Francji, bo dziewczyna jest Żydówką. W całym przedsięwzięciu pomaga im Holzer, podejrzana postać z warszawskiego półświatka.

 „Parabellum” to cykl wielowątkowy, a jego bohaterami są nie tylko Polacy. Remigiusz Mróz dołożył wszelkich starań, by ukazać nam także drugą stronę medalu. Dlatego pierwszego września do akcji powieści brawurowo wdzierają się, wraz z niemieckimi siłami, kolejni barwni bohaterowie – Hauptmann Christian Leitner, wierny Rzeszy aż do  ostatniej kropli krwi, brutalny Johann Blankenburg i tajemniczy mężczyzna, który z bezpiecznego Berlina pociąga za sznurki… Domyślacie się zapewne, że ich losy splotą się z losami polskich bohaterów – i macie rację, rzecz jasna. Ale jak do tego dojdzie i jakie będą tego skutki? Tego wam się zdradzę, tego dowiecie się z „Parabellum” :).


Ta trylogia to przede wszystkim wspaniała przygoda, od której nie sposób się oderwać. Kolejne zdania przelatują nam przed oczami, a my nie jesteśmy w stanie odłożyć książki – takie powieści uwielbiamy, prawda? Z zapartym tchem wyczekujemy, jaki los zgotował Autor naszym ulubionym bohaterom – tak à propos tchu, to nie zapomnijcie oddychać! Mnie się to zdarzyło w niektórych rozdziałach z „Głębi osobliwości”! Z drugiej strony cały cykl to także wspaniały obraz początkowej fazy wojny – ukłony dla Autora za ogrom pracy włożonej w dopracowanie powieści w każdym szczególe. Z kart książki przenosimy się do wykreowanego przez niego świata i czujemy, że jest to świat prawdziwy, niezafałszowany. Dotyczy to zwłaszcza „Głębi osobliwości”, która według mnie jest kulminacją wszystkiego, co dobre w tym cyklu. Szczególnie zainteresował mnie, porwał i „zachwycił” (choć to słowo jest tu absolutnie nie na miejscu) opis życia obozowego. Literatura obozowa zawsze mnie interesowała, a rozdziały Mroza poświęcone Mauthausen przywołują na myśl naturalizm Borowskiego, obezwładniające przerażenie towarzyszącego lekturze Sołżenicyna czy Herlinga-Grudzińskiego. Ta proza jest po prostu bezbłędna.

W beczce miodu musi jednak znaleźć się także kropla dziegciu – wiecie, nie może być tak idealnie. Dla mnie osobiście tą kroplą było zakończenie „Głębi osobliwości” – kompletnie nie tego się spodziewałem, nie tego oczekiwałem i byłem prawie pewien, że akurat Remigiusz Mróz tego nie zrobi, i trochę mi przykro… Kurczę, b a r d z o  mi przykro! Ale będę musiał się z tym pogodzić. Tak czy owak, ten cykl to majstersztyk i fantastyczna opowieść osadzona w realiach naszej polskiej historii. Jeżeli ktoś nie lubi powieści historycznych, a chciałby się do nich przekonać, to „Parabellum” będzie idealne na początek – solidny kawałek historii początku drugiej wojny światowej wpleciony w niebanalną historię z wątkiem szpiegowsko-kryminalnym, a w dodatku doborowa stawka pełnokrwistych bohaterów, których kocha się lub nienawidzi – czegóż chcieć więcej?!  

Jak wiecie, „Prędkość ucieczki” znalazła się w moim zestawieniu 10 najlepszych książek 2015 roku – i nie wykluczam, że „Głębia osobliwości” znajdzie się w podsumowaniu 2016! Jest dopiero styczeń, ale ja już wiem, że to jedna z najlepszych, a na pewno najbardziej emocjonujących pozycji tego roku. Chociaż kto wie, co Remigiusz Mróz jeszcze nam wysmaży przez te dwanaście miesięcy? Autorze, będę z Tobą szczery – boję się… :)

Jeżeli macie ochotę na recenzję w formie vlogowej, zapraszam rzecz jasna TUTAJ.



Za udostępnienie trzeciego tomu cyklu do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Do zobaczenia w następnej recenzji – J.



poniedziałek, 11 stycznia 2016

Fantastyczny Poniedziałek: "Piaseczniki" - G.R.R. Martin - Recenzja Kto czyta, żyje podwójnie]

Czy znacie nazwisko G.R.R. Martina? Nie? A znacie „Grę o tron”? Myślę, że większość tak, nawet jeśli ktoś jej nie czytał (co powinien szybko nadrobić, bo warto! :) ), to na pewno słyszał ten tytuł. Ale czy wiecie, że zanim saga „Pieśni Lodu i Ognia” przyniosła Martinowi światową sławę, ten autor napisał kilka powieści z pogranicza fantasy i science-fiction i wiele opowiadań? Dzisiaj chciałbym opowiedzieć Wam właśnie o jednym z jego opowiadań, czyli o „Piasecznikach”. Zapraszam!

Simon Kress to człowiek, którego chyba nie da się lubić. Bogacz i biznesman samotnie mieszkający w wielkim domostwie. Towarzystwa dotrzymują mu jedynie zmieniane jak rękawiczki kochanki, a także… zwierzęta. Tak, Simon jest kolekcjonerem, który sprowadza i kupuje różne egzotyczne zwierzęta („egzotyczne” oznacza tu najczęściej „pochodzące z innych planet”). Miał już chyba wszystko, oprócz… piaseczników. Gdy w dziwnym, podejrzanym sklepie napotyka terrarium z owadopodobnymi stworzeniami, z początku wcale nie wydają mu się wyjątkowe. W końcu ulega i kupuje zwierzęta. W domu okazuje się, że nie są one wcale takie nudne, jak mogłoby się zdawać. Bardzo szybko z właściciela, Simon staje się ich Bogiem, a małe robaczki są jego wyznawcami… fanatycznymi wyznawcami.


„Piaseczniki” to opowiadanie science-fiction z elementami horroru – tylko niech fani Kinga nie oczekują drugiej „Misery”, tutaj po prostu niektóre momentu wywołują gęsią skórkę, nic więcej :). Chociaż to tylko pięćdziesiąt stron, od razu widać, że Martin umie pisać, oj, umie. Historia przedstawiona w opowiadaniu fascynuje od pierwszej do ostatniej strony. Podobnie jak główny bohater, który jest chyba jedną z najgorszych i najmniej przyjemnych postaci, jakie znam. Simon Kress to człowiek, który dla swojej chorej idei gotów jest poświęcić wszystko, a później, gdy sytuacja wymyka mu się spod kontroli, bez wahania ryzykuje nawet życiem innych, by ratować własną skórę. Człowiek bezwzględny i okrutny, którego, jeśli chodzi o postaci Martina, posadziłbym go gdzieś w pobliżu Joffreya (najlepiej na tej samej uczcie!) – w przypadku obu panów uważam, że zasłużyli na to, co dostali… Tak czy owak jednak, postać Simona Kressa to świetne studium psychiki szaleńca.


Opowiadanie ma też jednak to „drugie dno”, które tak lubię. Mam wrażenie, że autor cały czas bawi się zdaniem „stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo”. Simon Kress bawi się w boga, a dobrze wiemy, że to nigdy nie przynosi nic dobrego, podobnie jak okrucieństwo i pogarda wobec tych, za których powinniśmy być odpowiedzialni. Sytuacja przedstawiona w „Piasecznikach” to ciekawy obraz społeczeństwa na różnych jego poziomach – od tej najmniejszej komórki, jaka jest rodzina, aż po państwo totalitarne, bo Simon może być tak ojcem-tyranem, jak i dyktatorem. Czasem wystarczy iskra, by gromadzona przez lata nienawiść zapłonęła i pozornie nieszkodliwy, „szary” tłum może rozpocząć rewolucję, a wtedy jego zemsta za wyzysk jest krwawa. Warto spojrzeć na opowiadanie Martina i odczytać je właśnie  w tym znaczeniu.

Podsumowując, gorąco polecam zapoznać się z twórczością George’a Martina sprzed „Gry o tron”, a wybrane przeze mnie na dziś „Piaseczniki” są ciekawa analiza umysły szaleńca i obrazem społeczeństwa na różnych jego poziomach. Opowiadania okazało się jednym z najbardziej cenionych dzieł w twórczości Martina i przyniosły mu najważniejsze nagrody przyznawane pisarzom science-fiction i fantasy. Jeśli chcecie posłuchać mojej opinii w formie vlogowej, gorąco zapraszam TUTAJ.




Życzę Wam wspaniałego, zaczytanego tygodnia. :) 

środa, 6 stycznia 2016

"Powiedz panno gdzie ty śpisz" - M.J. Arlidge [Recenzja 19.]



Powracam w nowym roku z recenzjami książek, które czytałem w grudniu, ale wiadomo, jak to bywa – święta, Sylwester, wyjazdy i zleciało. Dziś opowiem Wam o drugim tomie przygód komisarz Helen Grace autorstwa M.J. Arlidge’a, czyli „Powiedz panno gdzie ty śpisz”. Tom pierwszy recenzowałem dla Was na BLOGU i VLOGU i bardzo mi się spodobał, o czym zapewne pamiętacie. Ale gra toczy się dalej – jest jeszcze mroczniej, jeszcze ciekawiej i jeszcze bardziej zaskakująco… Zapraszam!




Od wydarzeń opisanych w „Ene, due, śmierć” minął niemal rok. Helen Grace udało się jakoś otrząsnąć po dramatycznych wydarzeniach w opuszczonym szpitalu i po długim urlopie podjęła z powrotem pracę w policji w Southampton. Sprawa, którą musi się zająć tym razem, jest wyjątkowo brutalna. W mieście ktoś brutalnie morduje mężczyzn, a ich serca wysyła zrozpaczonym rodzinom. Trop jednoznacznie prowadzi do dzielnicy czerwonych latarni, pomiędzy prostytutki i narkomanów. Jednocześnie nowym szefem Helen zostaje ambitna Ceri Harwood, która jest w stanie wiele poświęcić dla kariery i nie zamierza słuchać dobrych rad swojej podwładnej. Pani komisarz musi zmierzyć się z bezlitosnym mordercą,  zwierzchniczką, z którą się nie dogaduje, i problemami osobistymi. Czy sobie poradzi? Sięgnijcie po „Powiedz panno gdzie ty śpisz”, żeby się przekonać!


Po raz drugi autor porwał mnie do swojego mrocznego, ponurego świata, i za żadne skarby nie chciał z niego wypuścić. Z radością spotkałem się z Helen, Charlie i Tonym, czyli postaciami znanymi z tomu pierwszego serii. Tym razem wszyscy stają przed trudniejszymi wyzwaniami, zarówno zawodowymi, jak i prywatnymi, więc z tym większą ciekawością obserwowałem ich zmagania. Nowi bohaterowie są jednak równie dobrze skonstruowani jak ci już nam znani, dzięki czemu autor podniósł poprzeczkę, którą sam ustawił sobie bardzo wysoko, jeszcze wyżej. W tym przypadku prawo słabszej kontynuacji absolutnie się nie sprawdza!

Każda kolejna strona tego perfekcyjnego kryminału trzyma w napięciu, które nie pozwala po prostu odłożyć książki. Przeczytałem już kilka(naście) kryminałów o seryjnych mordercach różnych autorów, ale jeszcze żaden zbrodniarz nie był  a ż  t a k  „seryjny”. Ofiary giną jedna za drugą, policja wciąż podąża dwa kroki za zabójcą, a poczucie osaczenia udziela się także czytelnikom. Jeśli myślicie, że tom pierwszy był brutalny, to dopiero drugi naprawdę was zaskoczy… Powieść porywa i muszę szczerze przyznać, że podobała mi się jeszcze bardziej, niż debiut Arlidge’a, a Helen Grace stała się jedną z moich ulubionych śledczych. Mam nadzieję, że wydawnictwo wyda kolejne powieści z tej serii, bo nie mogę się doczekać dalszych losów pani komisarz i policjantów z Southampton.

Z całego serca zachęcam Was do sięgnięcia po książki M.J. Arlidge’a. Oczywiście zanim przeczytacie „Powiedz panno gdzie ty śpisz”, musicie przeczytać tom pierwszy, ponieważ te powieści ściśle się ze sobą wiążą – tu odsyłam was raz jeszcze do recenzji na BLOGU i VLOGU. Niemniej naprawdę warto, polecam wszystkim miłośnikom kryminału i nie tylko.


Za udostępnienie książki dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.


Trzymajcie się, J. 

Fantastyczne Poniedziałki: "Saga wiedźmińska"- Andrzej Sapkowski [Recenzja 18.]

Pierwsze zdanie cyklu o wiedźminie Geralcie ujrzało światło dzienne w grudniowym numerze miesięcznika „Fantastyka” w 1986 roku. Brzmiało: „Później mówiono, że człowiek ten nadszedł od północy, od bramy Powroźniczej”. Od tego się zaczęło: opowiadania, książki, komiksy, serial i film, gry komputerowe, planszowe i karciane, gadżety, ubrania… mini rewolucja w polskiej kulturze. Dlaczego „Saga wiedźmińska” zyskała rzesze fanów i czytelników w Polsce i na świecie, dlaczego zajmowała pierwsze miejsca na najbardziej prestiżowych listach bestsellerów i trafiła do kanonu literatury fantasy? Czytajcie dalej, postaram się odpowiedzieć na te pytania.

Na początek krótko i na temat: kim są wiedźmini? Wiedźmini to mutanci, mężczyźni za dziecka poddani próbom i mutacjom, dzięki którym ich organizmy są zwinniejsze, szybsze, bardziej odporne na choroby i wymagające warunki. Ta nieliczna już grupa podróżuje po gościńcach zabijając za pieniądze potwory zagrażające ludzkiemu życiu. Cała seria zaczyna się od dwóch tomów opowiadań, które w dużej mierze poświecone są właśnie podróżom Geralta, głównego bohatera cyklu, po świecie. Sapkowski pokazuje w nich swą olbrzymią wiedzę na temat słowiańskich mitów i zwyczajów, żongluje powiedzeniami, potworami i bogami obecnymi w podaniach naszych przodków, kreując świat wyjątkowo bogaty i dopracowany, a jednocześnie brutalny i bezlitosny. Mamy okazję zaprzyjaźnić się z niektórymi bohaterami cyklu i poznajemy ich historię: wszystko, co ma swój dalszy ciąg w sadze, początek bierze w opowiadaniach.

Dalej jest już tylko lepiej! „Krew elfów” rozpoczyna pięciotomową sagę o przygodach wiedźmina i jego przyjaciół. Geralt oddzielony od swojej ukochanej, czarodziejki Yennefer, wyrusza w długa, pełną przygód podróż przez sam środek ogarniętej wojną krainy, by ratować najbliższych. Towarzyszy mu dziwna kompania złożona z łuczniczki-samotniczki, poety, kilku krasnoludów, tajemniczego alchemika i żołnierza wrogiego cesarstwa. Każdy w tej podróży szuka czegoś innego, ale ta kompania zaprasza, by się przyłączyć, i razem z nią pokonywać przeszkody. Jest coraz mroczniej i coraz ciekawiej – nie sposób się oderwać!  


Niezaprzeczalnie jednym z największych atutów powieści Sapkowskiego są bohaterowie. Żywe postaci z krwi i kości, a każda mówi swoim własnym językiem, ma charakterystyczne dla siebie powiedzonka i zwroty. Dopracowani w każdym celu bohaterowie, do których powracamy jak do najlepszych przyjaciół, czekamy, na ponowne z nimi spotkanie, a zabawne żarty i dialogi pamiętamy jeszcze długo i możemy je opowiadać jak anegdotki. Pomiędzy postaciami nawiązują się w trakcie trwania akcji silne więzi, ale też antypatie, dobre i złe relacje, które czytelnik śledzi z ciekawością i zapartym tchem. Polecam Wam dobrze im się przyjrzeć, gdy będziecie czytać książki Sapkowskiego – miłość, przyjaźń, nienawiść, odnajdziecie tam wszystko, co sprawia, że postaci żyją naprawdę.

Jednakże powieści Sapkowskiego mają również ciekawe drugie (i trzecie, i czwarte…) dno. Mówią o tolerancji – ile można jej zażądać? Ile możemy jej dać? A w ogóle gdzie leży granica, dokąd sięga tolerancja, i co jest dalej? Poza tym autor na pewno czerpał w swej opowieści z prawdziwej historii świata, a szczególnie Europy. Choć opisał i stworzył świat całkowicie fikcyjny, widzimy w nim zależności i działania dobrze nam znane z lekcji historii. To wiąże się też z fantastycznym, choć za pierwszym podejściem trudnym do ogarnięcia światem polityki i wpływów w świecie wiedźmina. W politykę królestw mieszają się potężni czarodzieje i piękne czarodziejki, zagubieni książęta i możni. Warto poświęcić trochę czasu na przyjrzenie się i tym zagraniom, bo przecież tak dobrze znamy je z naszego otoczenia…

W końcu powieści Sapkowskiego podsuwają nam pytania o najważniejsze kwestie naszego życia – to z tej sagi pochodzi niezwykle znaczące dla mnie zdanie: „Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza: jednym jesteś ty, a drugim…”. Jaka jest odpowiedź na to pytanie? Każdy z Was musi odnaleźć ją sam, a pomóc może Wam w tym saga Andrzeja Sapkowskiego. Tam, gdzieś między wersami, możecie wyczytać, jak dokończyć to zdanie, by było zgodne z Waszymi przekonaniami… Warto! :)



Zapraszam Was oczywiście do zapoznania się z wersją vlogową tej recenzji TUTAJ, w filmie znajdziecie również konkurs, w którym do wygrania są opowiadania Andrzeja Sapkowskiego. Zapraszam do udziału!

Trzymajcie się! J.