Oto subiektywny blog i videoblog literacki! Kto czyta, żyje podwójnie, więc dlaczego nie korzystać z tej szansy? Zapraszam na wspólną podróż do świata literatury! :)

sobota, 28 stycznia 2017

"Meryl Streep. Znowu ona!" - Michael Schulman [Recenzja 82.]

Dzień dobry moi Drodzy!

Sesja – niech to słowo mówi samo za siebie. Ostatnio wszędzie (czytaj: na wszystkich moich mediach) zapadła cisza, bo nauka do kolokwium i egzaminów przytłoczyła wszelkie inne zajęcia. To znaczy pisanie i nagrywanie, bo czytać czytam, głównie po nocach. W związku z tym nazbierało się trochę książek, o których chcę Wam opowiedzieć. Dzisiaj o jednej z nich, biografii tym razem. Biografii niezwykłej Kobiety, niezwykłej Aktorki (przez naprawdę wielkie „A”!) i osoby, którą niezwykle szanuję po prostu za to, jaka jest. Mowa rzecz jasna o Meryl Streep, Żelaznej Damie światowego aktorstwa, która potrafi zagrać wszystko i wszystkich, a czego się nie dotknie, zamienia w złoto (choć według niektórych jest „najbardziej przecenioną aktorką w Hollywood”… taki kiepski żarcik, ale nie mogłem się powstrzymać :D). Życie zdobywczyni rekordowej liczby nominacji do Oscarów i aż trzech statuetek, oraz niezliczonej liczby innych nagród, zostało prześwietlone przez Michaela Schulmana i opisane w książce „Meryl Streep. Znowu ona!”. Gdy tylko usłyszałem, że ta biografia ukazuje się w Polsce, wiedziałem, że będę chciał ją przeczytać, oczekiwałem że odkryje przede mną nieznane kulisy sławy Meryl Streep. Czy tak się stało? No cóż, odczucia po lekturze mam mieszane, o czym zaraz Wam opowiem.


Na początek plusy – Schulman opowieść o życiu Meryl zaczął od jej lat młodzieńczych, gdy uczyła się w szkole, gdy jeszcze nie była pewna, czy wstąpić na drogę aktorską. Jaka była, jak postrzegali ją koledzy, koleżanki, nauczyciele. Opowiada o pierwszych miłościach i zauroczeniach, o kompleksach – tak, ona też je miała! – i o życiu rodzinnym (choć niestety nie za dużo). Wszystko to jest bardzo ciekawe, bo odkrywa przed nami Meryl przede wszystkim jako zafascynowaną teatrem i sceną – w końcu dziś kojarzymy ją przede wszystkim z filmem, bezdyskusyjnie jest gwiazdą kina, a zaczynała jako aktorka teatralna. Dzięki szczegółowo opisanych początkach jej kariery i zmaganiach szkolnych i uniwersyteckich dowiadujemy się, skąd ta tak charakterystyczna dla niej lekkość wcielania się w liczne, często bardzo różniące się od siebie role, poznajemy sposób pracy Meryl i jej determinację. Brzmi świetnie, prawda? No właśnie, jest jednak pewien problem.

Problemem tym jest mianowicie fakt, że niemalże  c a ł ą  książkę zajmują początki kariery Meryl. Michael Schulmann poświęca jej latom szkolnym i uniwersyteckim ogromnie dużo uwagi, analizuje najmniejsze drobiazgi, opisuje jej znajomych, przygląda się ich wspomnieniom i wypowiedziom, szeroko (b a r d z o  szeroko) opisuje sytuację, w jakiej znalazł się wówczas uniwersytet w Yale, jego dyrektor, nauczyciele etc. Tych informacji, po części właściwie niezwiązanych, bądź bardzo luźno związanych z osobą Meryl jest moim zdaniem trochę za dużo. Co gorsza, ta analiza trwa i trwa, żeby potem, nagle, akcja przyspieszyła, i całą resztę kariery Meryl od czasu zdobycia pierwszego Oscara autor zawarł na dwudziestu, może trzydziestu stronach… Nie wiem, czy ta książka ma być zaledwie pierwszym tomem jakiejś obszerniejszej biografii? Gdzie inne wspaniałe filmy Meryl poza „Sprawą Kramerów”? Gdzie takie dzieła jak „Kochanica francuza”, „Godziny”, „Wybór Zofii”, „Żelazna Dama”? Gdzie drugi, trzeci Oscar? Nie bardzo, przyznaję rozumiem ten zabieg, a w każdym razie nie rozumiałem, dopóki nie zajrzałem do Internetu…

Otóż oryginalny tytuł tej książki to Her Again: Becoming Meryl Streep – i wszystko nabiera sensu. Mogę się zgodzić, że to biografia pewnego fragmentu życia aktorki, opowieść o  s t a w a n i u  s i ę  Meryl Streep (jak mówi angielski tytuł), ale czuję się trochę oszukany przez polskie tłumaczenie, które sugeruje, że dostanę jednak pełną opowieść o karierze Meryl, począwszy od jej ostatniego Oscara aż do samych początków. Uważajcie, jeśli też nie chcecie się nabrać! I może jeszcze wszystko byłoby jako tako, gdyby nie dobijający całość fakt, że niestety w moim odczuciu książki nie czyta się lekko, choć to oczywiście jedynie subiektywne odczucie. Nie wiem, czy to kwestia tłumacza, który tak mało finezyjnie, jak do tytułu, podszedł też do treści, czy to pióro Schulmana jest przyciężkawe, grunt, że przez tę biografię raczej brnąłem, niż płynąłem, a szkoda, bo życie Meryl naprawdę jest fascynujące i myślę, można by je spisać w postaci pasjonującej opowieści.  

Na pocieszenie jeszcze dodam, że książka zawiera naprawdę mnóstwo faktów i widać, że autor przyłożył się do pracy – zawarł w książce mnóstwo informacji, dzięki czemu Ci, którzy są naprawdę głodni wiedzy o młodzieńczych latach Meryl i o kondycji teatru amerykańskiego lat 70. I 80. ubiegłego wieku, na pewno się w tej biografii odnajdą. To duży plus, bo przecież zadaniem biografii jest przede wszystkim przekazanie możliwie wielu ciekawostek o życiu danej osoby, więc… podsumowując, „Meryl Streep. Znowu ona!” polecam wybitnie zainteresowanym i zagorzałym fanom aktorki. Nie jest to książka lekka, ale ciekawi z pewnością wyciągną z niej sporo dla siebie. Nie liczcie, że poznacie dokładnie całą biografię Meryl, ale raczej genezę jej oszałamiającej kariery i podstawy szlifowania ogromnego talentu, który bez wątpienia ma. Chociaż moje odczucia są mieszane, polecam Wam spróbować, jeśli czujecie, że to coś dla Was, i jeśli chcecie spróbować – ta książka generalnie odbiła się jesienią dość szerokim echem, a recenzje zapowiadały naprawdę dobrą lekturę, więc może to ja mam nieco inny gust, i warto, żebyście przyjrzeli się jej sami. :)


Za egzemplarz do recenzji bardzo dziękuję Wydawnictwu Marginesy!


Do usłyszenia już niebawem. :) 

piątek, 20 stycznia 2017

"Baskijski diabeł" - Zygmunt Haupt [Recenzja 81.]



Witajcie, moi Drodzy!

Od czasu do czasu na moim blogu pojawiają się recenzje  książek, o których z jakichś powodów nie chcę opowiadać na kanale. Niektóre z nich „nie zasługują” na osobny film, czasem po prostu nie mieszczą się w „ramówce”. Czasem jednakże bywa tak, że nie czuję się na siłach mówić o jakiejś książce i znacznie łatwiej jest mi ją opisać, i tak właśnie jest dziś. Książka, a dokładniej mówiąc zbiór opowiadań, który chcę Wam przedstawić, jest bez wątpienia czymś wyjątkowym. Wspaniałym. Ponadczasowym. Ośmieliłbym się nawet powiedzieć, że to jedna z wybitniejszych pozycji literatury polskiej, jaką poznałem. Dlatego ten tekst jest raczej omówieniem niż recenzją, raczej opowieścią o pewnej pozycji, niż jej poleceniem, bo „polecić” można jakąś powieść, ale nie dzieło tej wagi. Tej książce należy się dodatek w postaci cytatów i kilka refleksji, których nagranie przyszłoby mi z trudem. Nie przedłużając już tego wstępu powiem krótko - przed Wami „Baskijski diabeł” Zygmunta Haupta od Wydawnictwa Czarnego!


Kim jest Zygmunt Haupt, spytacie? Mam nadzieję, że wiecie, ale nie mam złudzeń – to jeden z mniej znanych polskich pisarzy emigracyjnych i mogliście o nim – niestety! – nie słyszeć. Dlatego spieszę z wyjaśnieniem: Haupt urodził się w 1907 roku we wsi na Podolu. Burzliwy los zawiódł go do Lwowa, Paryża, na Węgry, do Anglii aż w końcu do Stanów Zjednoczonych, gdzie zmarł w 1975 roku. Jego biografia jest nie bez znaczenia, bo w swoich pracach, a pisał przede wszystkim opowiadania i reportaże, bardzo często wracał, bardziej lub mniej bezpośrednio, do czasów młodości, zwłaszcza tej spędzonej na kresach. Brał też udział w II wojnie światowej, co bez wątpienia także się na jego pisarstwie odbiło, bo tak jak pisze we wstępie do nowego wydania „Baskijskiego diabła” Andrzej Stasiuk, Haupt przepięknym językiem opowiada o świecie brutalnym, który częściowo na pewno objawił mu się takim właśnie w trakcie wojny. 


Haupt sięga po przeróżne tematy. Garściami czerpie ze swojej bogatej biografii i okrasza to wszystko pomysłami nie mniej bogatej wyobraźni sprawiając, że opowiadania zawarte w „Baskijskim diable” wymykają się standardowym określeniom takim jak „niezwykłe”, „nietuzinkowe” czy „zaskakujące”. To teksty troszeczkę jak z innego świata, choć przecież opisują jak najbardziej naszą rzeczywistość. I dlatego my te teksty mimo wszystko dobrze rozumiemy, chociaż zadziwia nas to, bo przecież są takie inne, takie wyjątkowe. „Baskijski diabeł” zachwyca mnogością motywów, wspomnień, tematów, wątków, Haupt bada każdy możliwy obszar, raz sięga ku przeszłości, raz ku przyszłości, a czasem ku temu, co tu i teraz. Dzięki temu sprawia, że jego proza jest ponadczasowa jak mało która.


Bez wątpienia jednak największym atutem opowiadań Haupta, tym, co niemalże obezwładnia czytelnika, jest język, niezwykle specyficzny, ale przepiękny, bogaty, dopracowany w najdrobniejszych szczegółach. Brutalny, gdy potrzeba, łagodny, gdy tego wymaga opis sytuacji. Haupt robi to, co ja bardzo, bardzo lubię, nieraz już o tym zresztą mówiłem: skupia się na szczegółach, opisując wszystko to, co niby dobrze znamy, ale na co dzień nie zwracamy na to uwagi. Potrzeba niezwykłej wrażliwości, by dostrzegać te drobnostki, które czynią nasze życie takim, jakim je przeżywamy, a świat takim, jakim go widzimy. Wielka jest proza która uświadamia nam, czym tak naprawdę jest to, co nas otacza: że jest olbrzymim organizmem złożonym z rzeczy mniejszych, a na te składają się inne, jeszcze mniejsze. Wszystko to perfekcyjnie ze sobą połączone napędza rzeczywistość, w której istniejemy. Haupt ma tego świadomość, i podobnie jak perfekcyjnie funkcjonuje nasz świat, podobnie perfekcyjnie funkcjonuje jego proza: żadne słowo, żaden przecinek, żaden wykrzyknik nie znalazł się tam bez przyczyny albo przez przypadek.   

Muszę jeszcze zaznaczyć, że dzisiaj, gdy przyzwyczajeni jesteśmy do powieści z szybką akcją, naładowanych wydarzeniami, napisanych językiem zachęcającym raczej do szybkiego pochłaniania kolejnych stron, niż do głębszej refleksji, czytanie „Baskijskiego diabła” może przyjść nam z pewnym trudem. Nie mówię, że te opowiadania są ciężkie, czy że trącą myszką, bo absolutnie tak nie jest – po prostu trzeba czytać je z zupełnie innym nastawieniem, niż większość powieści powstających współcześnie: w końcu od czasu powstania najstarszych opowiadań z tego zbioru minęło ponad siedemdziesiąt lat, a najmłodszych – prawie pół wieku! To widać, ale też jednocześnie w niczym ten upływ czasu moim zdaniem nie przeszkadza. Proza Haupta to teksty, przy których westchniecie w duchu: „Ach, jak oni kiedyś umieli pięknie pisać!”, przy których zachwycicie się wrażliwością autora i jego analitycznym podejściem do świata i które, mam nadzieję, zostaną w Was na długo – we mnie zostaną na pewno i wiem, ze będę do nich co jakiś czas powracał.


Myślę, że „Baskijski diabeł” to książka, która warto mieć na półce. Zygmunt Haupt jest moim zdaniem autorem zdecydowanie niedocenionym. Dlaczego? Nie wiem. Nie mówi się o nim dużo, nie pisze, pewnie gdyby nie to wznowienie jego tekstów, wiele osób dalej by go nie poznało. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo naprawdę uważam, że jego teksty warte są poznania i zapamiętania. Jeżeli czujecie, że wrażliwość Haupta do Was trafia, koniecznie sięgnijcie po „Baskijskiego diabła” – ten zbiór na pewno Was nie zawiedzie, a całkiem możliwe, że tak jak ja przekonacie się, że mieliśmy pewnego polskiego pisarza, który zasługuje na uwagę. Ja ze swojej strony bardzo dziękuję za książkę księgarni internetowej Platon24.plWydawnictwu Czarnemu.

Do usłyszenia już niebawem w kolejnej recenzji!

piątek, 6 stycznia 2017

"Młyn do mumii" - Petr Stančík - PATRONAT [Recenzja 80.]

Dzień dobry, Moi Drodzy! Wiedziałem, że pierwsza recenzja w nowym roku musi być szczególna, dlatego chcę Wam dzisiaj opowiedzieć o książce, którą objąłem w grudniu swoim patronatem medialnym. I musze przyznać, że bardzo się z tego cieszę, bo „Młyn do mumii” Petra Stančíka okazał się jedną z najlepszych, a na pewno najbardziej nietypowych powieści, jakie miałem okazję przeczytać w tym roku. Zapraszam Was zatem na wycieczkę do dziewiętnastowiecznej Pragi…


Mamy przełom roku 1865 i 1866. Główny bohater, komisarz Durman, wraca do domu po Sylwestrowej zabawie, gdy nieoczekiwanie nadeptuje na… trupa. Ktoś w bestialski sposób zamordował praskiego listonosza, zamurowując go w chodniku żydowskiej dzielnicy. Sprawa zaczyna się komplikować, gdy pojawiają się kolejne ofiary, na listonoszy pada blady strach, a morderca wydaje się nieuchwytny. Poszukiwania zaprowadzą komisarza w podejrzane zaułki Pragi, do luksusowych paryskich restauracji i na dwór meksykańskiego cesarza. Co tam odnajdzie? Kim jest tajemniczy zabójca i co stara się przekazać tropiącemu go komisarzowi? Przekonajcie się, sięgając po „Młyn do mumii”.  

Powieść reklamowana jest jako „mistyczny porno-gastro thriller z XIX-wiecznej Pragi”, a ja myślę, że najlepszą rekomendacją dla niej będzie, jeśli udowodnię Wam, że to hasło nie jest ani trochę przesadzone! Zacznijmy od końca – XIX-wieczna Praga. Wiemy, że Praga to idealne miejsce akcji dla powieści – malownicze, kolorowe, intrygujące, a jednocześnie nie bardzo popularne poza literaturą czeską. Dzięki Stančíkowi mamy możliwość poznania tego miasta sprzed 150 lat, i wydaje mi się ono miejscem jeszcze ciekawszym, niż współczesna Praga. Autor daje nam możliwość przejścia się praskimi uliczkami, odwiedzenia urzędów, mieszczańskich mieszkań, tawern, restauracji i domów publicznych. Te ostatnie miejsca składają się właśnie na określenie „porno-gastro”…

Jeśli chodzi o jedzenie, w „Młynie do mumii” mamy szanse poznać szeroką gamę tradycyjnych, czeskich potraw, po prostu całe czeskie menu – nie uwierzylibyście, co oni potrafili jeść! Jedzenie odgrywa w tej powieści niezwykle ważna rolę, bo Czesi jeść lubią i lubią pić – przy dobrym alkoholu świetnie się myśli, dlatego komisarz często korzysta z dobrodziejstw działania przeróżnych trunków. Podobnie jak z usług prostytutek – scen erotycznych jest w tej powieści naprawdę dużo, bo Durman, chociaż ma swoją ukochaną, nie umie powstrzymać się przed odwiedzaniem domów publicznych. Co więcej, lubi eksperymenty, więc Ci, którzy bez zażenowania czytują podobne opisy, powinni być usatysfakcjonowani. Pozostali… cóż, będziecie musieli ocenić to sami, ale moim zdaniem Autor nie przesadza z erotyką, a wszystko, co opisuje, idealnie wpisuje się w klimat tej powieści i dodaje pikanterii do i tak już świetnej atmosfery. Zdecydowanie warto!

I w końcu „mistyczny”, jak thriller może być „mistyczny”, zapytacie? No cóż, śledztwo komisarza Durmana nie przebiega w zwyczajny sposób. Napotka on na swojej drodze duchy, starożytnych władców, którzy nie są wcale tak martwi, jak by się z pozoru zdawało, a w dodatku sam morderca zdaje się być trochę… nie z tego świata. Przed Durmanem trudne zadanie, bo będzie musiał nie tylko wykazać się nie lada pomysłowością, rozwiązując sprawę morderstw listonoszy, to jeszcze walczy z siłami, z którymi mierzyć się trudno.

„Młyn do mumii” to powieść, w której w tle wciągającego, intrygującego kryminalnego wątku obserwujemy panoramę dawnej Pragi, Pragi, która już odeszła. Przyglądamy się rewolucji przemysłowej w Czechach i narastającej wrogości wobec okupanta – Prus, które wówczas zajmowały terytorium Czech. Petr Stančík ukazuje czeską mentalność, zwyczaje i kawałek czeskiej historii w bardzo interesujący sposób, w powieści, którą czyta się dobrze i szybko, od której nie można się oderwać. Do tego oczywiście typowy, czeski humor, który zachwyci miłośników tego typu żartu. Chociaż niektóre rozdziały tej powieści bawią swoją absurdalnością, po zakończeniu lektury opowieść składa się ona w jedną, zgrabną i sensowną całość. A jeżeli potrzebujecie dodatkowej zachęty, zapraszam na KANAŁ, gdzie nie tylko możecie o tej książce posłuchać, ale i ją wygrać! Kolejny konkurs zorganizowałem na Facebooku, więc zachęcam, by zajrzeć i tam i wziąć udział!


Za możliwość wzięcia udziału w promocji tej książki dziękuję niezastąpionemu Wydawnictwu Stara Szkoła.

Do usłyszenia niebawem! :)  

piątek, 9 grudnia 2016

"Maria Panna Nilu" - Scholastique Mukasonga [Recenzja 79.]

Witajcie w kolejnej recenzji na blogu! Dzisiaj po raz ostatni w tym roku zabieram Was do Afryki – wraz ze Scholastique Mukasongą zajrzymy do Rwandy lat 90. ubiegłego wieku, by przyjrzeć się narastającej niechęci między plemionami Tutsi i Hutu, starożytnym rytuałom i pewnej elitarnej szkole… Jeśli jesteście ciekawi, czy nagrodzona prestiżową Nagrodą Renaudot „Maria Panna Nilu” przypadła mi do gustu, czytajcie dalej!


Akcja powieści została osadzona w Afryce w latach 90. XX wieku w elitarnym liceum dla dziewcząt. Większość uczennic pochodzi z plemienia Hutu, które aktualnie sprawuje rządy w Rwandzie, natomiast dwie z nich,  Veronica i Virginia, z plemienia Tutsi. Jak łatwo się domyślić, muszą one sprostać niechęci ze strony koleżanek, oraz prześladowaniom i ograniczeniom, które dziewczęta Hutu nie dotyczą. Kiedy poznają człowieka, który, jak twierdzi, jako jedyny zna tajemnicę pochodzenia rodu Tutsi, zaczynają wymykać się z liceum, by brać udział w jego tajemniczych obrzędach. Dokąd je to zaprowadzi? Musicie sięgnąć po „Marię Pannę Nilu, żeby się o tym przekonać.

Zacznę może od tego, co mi się podobało: „Marię Pannę Nilu” bardzo dobrze się czyta. Mukasonga sprawnie włada piórem, na pewno wpływ na to miało również udane tłumaczenie. Bardzo podobał mi się opis nastrojów w Rwandzie w tamtym czasie, to, jak mieszały się kultury Tutsi, Hutu i „białych”, jak wciąż obecne gdzieniegdzie wierzenia afrykańskie ścierały się z chrześcijaństwem. Z jednej strony Maria Panna Nilu, z drugiej szaman, wiedźma i starożytni, egipscy bogowie.  Akcja toczy się wartko, nie można narzekać na nudę, a przez to książka stanowi właściwie lekturę na dwa, góra trzy wieczory. Z zainteresowaniem śledzimy losy dziewcząt w liceum, a napięcie narasta, bo cały czas oczekujemy na nachodzącą tragedię – w końcu zapowiada ją opis z tyłu, a sama książka ma być przecież przedstawieniem nadchodzącego ludobójstwa, które wstrząśnie Rwandą. No właśnie, problem w tym, że tego ludobójstwa się tu nie doczekamy…

„Maria Panna Nilu” ma być ukazaniem problemu między Tutsi a Hutu w mikroskali, na przykładzie sytuacji w liceum. Poprzez wgląd w mniejszą jednostkę społeczną, mamy ogarnąć nastroje całego społeczeństwa. Problem w tym, że w tej szkole tak naprawdę... nic strasznego się nie dzieje! Oczywiście, Virginia i Weronika nie są traktowane dobrze, nie mają zbyt wielu przyjaciółek, ale też nie są jakoś dramatycznie poniżane, szkalowane, bite czy cokolwiek moglibyśmy sobie jeszcze wyobrazić. Ba, nawet one nie sprawiają wrażenie jakby czuły się jakoś bardzo źle. Wyobrażam sobie, że w Rwandzie tamtego czasu wrogość Hutu wobec Tutsi była jednak widoczna znacznie mocniej, dlatego nie rozumiem skąd to łagodne podejście do tematu. Podejrzewam, że Mukasonga chciała pisać prosto, bez patosu, i tym nas poruszyć, ale w moim odczuciu nie bardzo to wyszło.

W dodatku, tak jak powiedziałem, ze spodziewanego opisu ludobójstwa, które miało mną wstrząsnąć, niewiele dostałem, bo tak naprawdę cokolwiek poważniejszego dzieje się tu dopiero w ostatnim rozdziale. Książka kończy się nagle, jakby Autorka doszła do wniosku, że najwyższy czas już zakończyć… W moim odczuciu „Maria Panna Nilu” to trochę zmarnowany potencjał: zarysowane tu postaci, poruszone wątki i problemy mogłyby zostać rozwinięte ciekawiej, szerzej i lepiej. Sam nie jestem do końca pewien, co zawiodło, ale z pewnością ta książka nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak powinna, i raczej nie zostanie we mnie na dłużej – a szkoda.  

Tym, którzy naprawdę lubią czytać o Afryce, mogę tę powieść polecić, choć moim zdaniem są lepsze pozycje, jak choćby „Droga do domu” Yaa Gyasi czy „Rybacy” Chigozie Obiomy, a innym, którzy szukają mocnej, poruszającej lektury, polecałbym raczej inne powieści. Jeśli chcecie posłuchać jeszcze trochę o „Marii Pannie Nilu”, zapraszam, na mój kanał, na FILM, w którym o niej opowiadam.



Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Czwartej Strony.


Do usłyszenia niedługo!  

piątek, 25 listopada 2016

"Świnki morskie" - Ludvík Vaculík [Recenzja 78.]

Im więcej czeskiej literatury czytam, tym bardziej mnie ona intryguje. Z jednej strony – czeski humor, który osobiście uważam za jeden z najzabawniejszych typów humoru i jednocześnie jeden z nielicznych, który potrafi rozbawić mnie do łez. (Przykład? „Ostatnia arystokratka” – i nie trzeba dodawać nic więcej!) Z drugiej strony Kafka, Kundera, Hrabal i, oczywiście, Ludvík Vaculík – ich powieści miażdżą poważną tematyką, uderzającymi opisami i absolutną ponadczasowością. Prozę Vaculíka odkryłem w zeszłym roku, gdy sięgnąłem po „Siekierę” – szybko stała się dla mnie jedną z najlepszych powieści 2015 roku. Teraz, prawie rok później, mogłam w końcu sięgnąć po kolejną jego książkę, czyli „Świnki morskie”, i znów efekt jest podobny… a teraz muszę – i chcę – Wam o tym opowiedzieć!


„Świnki morskie” to opowieść pewnego praskiego bankiera, Vaszka, który chcąc zrobić swoim synom przyjemność kupuje im w prezencie bożonarodzeniowym świnkę morską. Szybko okazuje się, że chyba bardziej niż dzieciom, zrobił prezent sobie – rodzina świnek powiększa się, a małe gryzonie zdają się coraz bardziej fascynować głównego bohatera i zarazem narratora książki. Vaszak postanawia sprawdzić, jak daleko można się posunąć w manipulowaniu zwierzętami i jak najlepiej sprawić, by mu zaufały… bezgranicznie. Co z tego wyniknie? Co odkryje bohater w świecie świnek morskich? I jakie tajemnice skrywa Bank Narodowy? Przekonajcie się, sięgając po „Świnki morskie”.

Po lekturze doskonałej i bardzo mocnej, moim zdaniem, „Siekiery”, sięgając po „Świnki morskie” również spodziewałem się czegoś niesamowitego. „Siekierę” czytałem długo, przegryzałem się przez tekst smakując każde słowo, z coraz większym przejęciem przyjmując opowieść głównego bohatera. Już od pierwszym stron wyraźnie daje się zauważyć, że „Świnki…” są inne. Pozornie lżejsze. Bardziej niewinne. Bardziej przystępne. No, w końcu teoretycznie opowieść Vaszka kierowana jest do dzieci i ma mówić jedynie o uroczych, miłych gryzoniach i ich zwyczajach. Z czasem jednak zaczynamy zagłębiać się coraz bardziej w mrocznej psychice głównego bohatera i odkrywamy, że wcale nie jest tak „różowo” jak myśleliśmy. Vaszak coraz odważniej poczyna sobie ze świnkami, testuje granice ich wytrzymałości i oddania, a nam, czytelnikom, robi się coraz bardziej słabo. Można na ten cały proces patrzeć dwojako.
Po pierwsze, widzimy tu podobną tematykę, co w „Siekierze”, czyli analizę systemu komunistycznego, który Vaculík stara się nam przedstawić za pomocą analogii ze świnkami. Świat komunizmu to świat, w którym ludźmi manipuluje się cały czas, a ten, kto tego nie wytrzymuje, jest skreślony. To okrutny i bezduszny system, w którym okrutnie i bezdusznie podchodzi się do ludzi, traktując ich trochę jak obiekty badawcze – ich los zależy tylko od kaprysu jednego człowieka. Z drugiej strony to także system pełen absurdów – gdy patrzymy na nie po latach, lub czytamy o nich w książce, mogą wywoływać na naszych twarzach uśmiech, chociaż zabawne wcale nie są. W „Świnkach morskich” narracja biegnie również drugim torem, gdy Vaszak opowiada, jak funkcjonuje Bank Narodowy, przybliżając nam dzięki temu nieco absurdalność funkcjonowania komunistycznej gospodarki, co bez wątpienia dodaje powieści wartości.

Ale cała ta sytuacja ze świnkami ma jeszcze swoje drugie dno, głębszy wymiar, bardziej uniwersalny – głównego bohatera opanowują żądze trudne do zrozumienia, a którym jednocześnie nie może się oprzeć. Oto nagle znajduje się w sytuacji, w której podlega mu inna istota, bezbronna i skazana na jego „tak” lub „nie”. I mimo że to tylko – i aż! – świnka morska, ta perspektywa zupełnie odmienia bohatera. „Świnki morskie” to studium rodzenia się zła i pragnienia dominacji nad inną istotą. Ta książka robi coś, czego można odrobinę się przestraszyć – budzi w nas fascynację złem. Nie było mi żal głównego bohatera ani przez chwilę, mógłbym raczej powiedzieć, że budził we mnie obrzydzenie, ale mimo wszystko muszę przyznać, że jego zachowanie fascynuje, każe nam pytać: „Dlaczego?”

Nie wiem, czy to, co napiszę za chwilę, nie będzie nadinterpretacją, ale mimo wszystko, ponieważ literaturę każdy odbiera inaczej, myślę, że mam prawo to napisać. Nie bez powodu przywołałem we wstępie nazwiska trzech wielkich czeskich pisarzy, bo moim zdaniem u Ludvíka Vaculíka znajdziemy co nieco z powieści każdego z nich. Jeśli chodzi o Bohumila Hrabala, cóż, wystarczy przypomnieć sobie „Auteczko” i wszystko będzie jasne. Znajdziemy w „Świnkach morskich” elementy tego napięcia i pewnego rodzaju walki między kobietą i mężczyzną, w opisie którego mistrzostwa sięgnął Milan Kundera w „Nieznośnej lekkości bytu”. No i Kafka, Kafka i jego „Proces”… Dużo w „Świnkach…” z „Procesu” na wielu poziomach. Najlepiej będzie, jeśli przekonacie się sami, ja powiem tylko tyle, że ta pewnego rodzaju „synteza” Vaculíkowi wyszła świetnie i ogromnie dużo dała jego historii. A ponieważ okrasił ją swoim stylem, który mnie akurat bardzo porusza i chwyta za serce, opowieść nabrała innego wymiaru. Wielbicieli czeskiej literatury, poważnej literatury, tym, którzy lubią bawić się w poszukiwanie smaczków i nawiązań w powieściach, polecam „Świnki morskie” bardzo serdecznie – myślę, że się nie zawiedziecie.

Powieść została wydana oczywiście przez ciągle rozwijające się Wydawnictwo Stara Szkoła, którego książki, jak wiecie, niezmiennie Wam polecam, i mogę powiedzieć, że na pewno będę to robił dalej, bo to wartościowa literatura zdecydowanie za mało popularna w nawale tej zupełnie bezwartościowej, wtórnej i oklepanej. Na blogu i kanale znajdziecie też recenzje innych książek od Starej Szkoły, więc jeśli jesteście ciekawi – poszukajcie i sięgnijcie do nich, mam nadzieję, że coś Was zainteresuje. A tymczasem możecie jeszcze posłuchać o „Świnkach morskich” w FILMIE na kanale (już jutro).



Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Stara Szkoła.


Do usłyszenia za tydzień na blogu, a już jutro a kanale!  

piątek, 18 listopada 2016

"Kukuczka" - D. Kortko i M. Pietraszewski [Recenzja 77.]

Cześć! Witam Was na blogu w piątkowy wieczór – tak, od teraz, przynajmniej przez jakiś czas, recenzje tutaj będą się pojawiały regularnie co piątek (a filmy na kanale we wtorki i piątki). Dzisiaj zapraszam Was na recenzję jednej z ciekawszych przeczytanych przeze mnie w tym roku książek, która w blogosferze i nie tylko wywołała jesienią spory szum. „Kukuczka” Dariusza Kortko i Marcina Pietraszewskiego została chyba najgłośniejszą biografią ostatnich miesięcy – co jest w niej takiego niezwykłego, że niemal każdy zachwyca się tą historią? Posłuchajcie!


„Kukuczka” jest oczywiście biografią Jerzego Kukuczki, którego nikomu chyba nie trzeba przedstawiać – ikona światowego himalaizmu, drugi na świecie zdobywca Korony Himalajów-Karakorum. Jeden z najsłynniejszych polskich sportowców. A jednocześnie postać kontrowersyjna – jego bezwzględność w walce o kolejne szczyty budziła plotki, niedomówienia i złośliwe komentarze, czasem zupełnie bezpodstawne, które do dzisiaj, po ponad dwudziestu pięciu latach od śmierci Kukuczki, krążą wciąż w środowisku himalaistów i nie tylko. Autorzy postanowili prześledzić życie Jerzego Kukuczki i jego drogę do zwycięstwa, i na podstawie dokumentów, notatek himalaisty i opowieści osób jemu bliskich plotą opowieść o życiu wielkiego Polaka. Dlaczego warto po nią sięgnąć?

Moim zdaniem przede wszystkim dlatego, że, tak jak wspomniałem, Autorzy pisząc „Kukuczkę” oparli się na wiarygodnych materiałach i starają się być możliwie jak najbardziej obiektywni. Tekst zawiera dużo cytatów z zapisków Jerzego Kukuczki, które pokazała im żona himalaisty, a także wspomnień jej i dawnych kolegów wspinacza. Ta książka nie ma na celu postawienia Kukuczce pomnika, niektóre fragmenty pokazują, jak bardzo był zdeterminowany i bezwzględny w swojej walce o Koronę Himalajów. Autorzy chcieli pokazać, jaki był naprawdę, możliwość oceny pozostawiając nam, czytelnikom – czy mamy do niej prawo, to już zupełnie inna sprawa. Tak czy inaczej niezwykle się cieszę, że Kortko i Pietraszewski nie popadli ani w zupełny zachwyt nad postacią Kukuczki, idealizując go ponad miarę, ani nie skupili się nadmiernie na tych budzących wątpliwości momentach jego życia.

Dodatkowo książka ma jeszcze jedną dużą zaletę – jest nie tylko biografią samego Jerzego Kukuczki, ale w pewnym sensie jest też „biografią polskiego himalaizmu” – to w okresie działalności Kukuczki przeżywał on swój złoty okres, wtedy w wysokie góry całego świata jeździli najwięksi wspinacze, w tym również, rzecz jasna, polscy, to wtedy zdobywali kolejne szczyty i wytyczali nowe trasy na wierzchołki już zdobytych gór. Dla pasjonatów wspinania się, ta książka będzie prawdziwym rarytasem. Osią całej opowieści Autorzy uczynili wyścig Jerzego Kukuczki i Reinholda Messnera o Koronę Himalajów i Karakorum – dzięki temu możemy wejrzeć w sam środek układów pomiędzy ikonami światowego i polskiego himalaizmu. W dodatku znajdziemy w książce mnóstwo relacji z wypraw, opowieści o tym, jak to kiedyś wędrowanie w wysokich górach wyglądało, z jakim sprzętem wyruszali najwięksi himalaiści i z jakimi problemami musieli się mierzyć – także tymi politycznymi, bo podczas gdy wspinacze z całego świata swobodnie mogli sobie wędrować, nasi polscy sportowcy nieraz musieli nieźle się natrudzić, by uzyskać pozwolenie na wyjazd. Dariusz Kortko i Marcin Pietraszewski zbudowali świetny i wiarygodny obraz PRL-owskiej rzeczywistości lat 70. i 80. Wielkie brawa!

W końcu ta książka została naprawdę przepięknie wydana! Historię Kukuczki Autorzy wzbogacili mnóstwem zdjęć bohatera tej opowieści, jego najbliższych, współpracowników i przyjaciół, z których wiele pochodzi z domowego archiwum rodziny Kukuczków. Żona Jerzego Kukuczki postanowiła otworzyć przed nimi szafę pełną dokumentów i zdjęć, chociaż przekonanie jej do tego, jak mówią Kortko i Pietraszewski, łatwe nie było – czemu trudno się dziwić. Bardzo się jednak cieszę, że pani Celina Kukuczka zdecydowała się w końcu ulec namowom reporterów, bo dzięki temu powstała książka-skarb dla każdego zainteresowanego tematem.

Podsumowując, książkę polecam oczywiście zainteresowanym Jerzym Kukuczką oraz tematem himalaizmu – dla Was wszystkich, którzy kochacie góry, to pozycja obowiązkowa tej jesieni! Dla Autorów brawa za udowodnienie, że biografia może być porywająca, a dla Wydawnictwa – za przepiękne wydanie! Oby więcej takich książek na polskim rynku! Jeśli chcecie posłuchać jeszcze o książce i zobaczyć, jak wygląda – zapraszam na FILM na kanale.



Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Agora! 

Do usłyszenia za tydzień tutaj, a już jutro na kanale!


piątek, 11 listopada 2016

"Krótka historia siedmiu zabójstw" - Marlon James [Recenzja 76.]

Witam Was znów na blogu! Po krótkiej przerwie, bo nie wszystkie książki tutaj opisuję, dzisiaj opowiem Wam o pozycji wyjątkowej, o którą wielu z Was pytało. Ja też bardzo długo czekałem, aż będę mógł ją przeczytać, i niezwykle ucieszyłem się, gdy pojawiła się w zapowiedziach Wydawnictwa Literackiego. W końcu, ponad miesiąc temu, dostałem ją do rąk, a niedawno udało mi się dokończyć czytanie. A o czym mowa? O nagrodzonej nagrodą Bookera „Krótkiej historii siedmiu zabójstw” Marlona Jamesa oczywiście! Ta książka stała się chyba jedną z najgłośniejszych premier jesieni – czy zasłużenie? Posłuchajcie sami.


W przypadku „Krótkiej historii siedmiu zabójstw” trudno mówić o konkretnej, liniowej fabule. Autor przenosi nas na Jamajkę, a punktem wyjścia dla całej opowieści jest zamach na Boba Marleya, który miał miejsce w 1976 roku. James stworzył całą plejadę bohaterów, z których każdy ma swoją historię, ale jest jednocześnie w jakiś sposób związany z Marleyem, nazywanym tutaj Śpiewakiem. Piosenkarz jest więc punktem spajającym cały szereg opowieści należących do pozornie drugoplanowych postaci tej książki. Dlaczego pozornie? O tym zaraz, najpierw muszę jeszcze wspomnieć, że akcja toczy się, z przerwami, przez następne piętnaście lat, czyli do 1991 roku, dając nam możliwość podróży przez Amerykę Północną od Kingston do Nowego Jorku wraz z bohaterami powieści.

I teraz kilka słów o bohaterach, bo są oni niewątpliwie bardzo mocną, jeśli nie najmocniejszą stroną tej opowieści. Marlon James stworzył całą plejadę niesamowicie rozbudowanych bohaterów z krwi i kości. Każdy z nich ma swoją historię do opowiedzenia, każdy ma za sobą trudną przeszłość, każdy żyje w specyficznym środowisku, mówi charakterystycznym dla siebie językiem, dramatycznie stara się związać koniec z końcem. Mogłoby się wydawać, że głównym bohaterem „Krótkiej historii siedmiu zabójstw” będzie Bob Marley, ale okazuje się, że tak naprawdę nie pojawia się on w powieści ani razu, a raczej jak cień czuwa gdzieś nad całą opowieścią, swoją osobą spajając, jak wspomniałem, historie opowiadane przez kolejnych bohaterów. Dlatego w moim odczuciu to te postaci wysuwają się na pierwszy plan, dźwigając na swoich barkach całą misternie splecioną opowieść. To za ich pomocą James przekazuje nam swoje przesłanie. To oni w końcu pozwalają nam zobaczyć Jamajkę taką, jaką ona naprawdę jest. A jaka jest?

Jest mroczna. Bardzo mroczna. Pełna konfliktów, podziałów i nieszczęścia. Rozbrzmiewa w niej reggae i czuć słodkawy dym skrętów z marihuany. „Krótka historia siedmiu zabójstw” odsłania przed nami zaułki slumsów, dzielnic opanowanych przez gangi, które prowadzą ciągłe, brutalne i krwawe wojny. James pokazuje nam kulisy mafijnych porachunków, operacji służb wywiadowczych, polityczne przepychanki. To nie jest przyjazny świat, o którym czyta się łatwo: przygotujcie się na brud, narkotyki, seks, krew (dużo krwi!), przekleństwa (bardzo dużo przekleństw!) i tortury, na morderstwa, rzezie, gwałty i co tam jeszcze możecie sobie najgorszego wyobrazić. James nie oszczędza nikogo i niczego, to opowieść szczera do bólu, odzierająca świat z jakiegokolwiek piękna. To nie jest lektura dla grzecznych dzieci, to proza ciężka i trudna. Ale za to jaka satysfakcjonująca!

Przed podsumowaniem jeszcze jeden akapit, który po prostu musi się tutaj znaleźć, a mianowicie hołd dla Tłumacza. Robert Sudół wykonał po prostu zapierającą dech w piersiach pracę tłumacząc „Krotką historię siedmiu zabójstw”. Ktoś, kto nie czytał tej powieści, nie będzie potrafił nawet sobie wyobrazić, jak trudny jest język tej powieści. Ponieważ historię opowiada wielu bohaterów, każdy mówi w sposób charakterystyczny dla siebie, a Tłumacz to oddał. Wielu bohaterów jest niewykształconych, bo pochodzi ze slumsów, więc tekst najeżony jest celowo przez autora popełnionymi błędami ortograficznymi – Tłumacz podołał i temu. Nie raz, nie dwa Marlon James pozwala nam „popłynąć” razem z bohaterami, którzy po marihuanie, kokainie lub heroinie snują narkotykowe wizje zapisane za pomocą strumienia świadomości, z którym również, po mistrzowsku, moim zdaniem, poradził sobie Sudół. W końcu, wierzcie mi, bądź nie, ta książka nie bez powodu reklamowana jest jako historia napisana w rytmie reggae – ten tekst  n a p r a w d ę  został stworzony tak, że słuchając muzyki możemy dać się ponieść jego rytmowi. I to także udało się Tłumaczowi zachować i składam głęboki ukłon w jego stronę – wielkie brawa!

No dobrze, są peany, ale czy znalazłem jakieś wady w tej powieści? Owszem, jedną, zasadniczą – która, jak to zwykle z wadami bywa, dla kogoś może być zaletą. Otóż moim zdaniem ta historia nie jest opowieścią uniwersalną i przez to na pewno będą osoby, którym trudno będzie się w niej odnaleźć. My, pochodzący z innego kraju i kręgu kulturowego niż autor, nie do końca zrozumiemy i poczujemy konflikty opisane przez niego w powieści. „Krótka historia siedmiu zabójstw” to wielki epos o Jamajce i Jamajczykach, bardzo głęboko osadzony i zakorzeniony w tamtejszej kulturze, życiu, polityce, realiach. My możemy czytać ją, żeby ujrzeć ojczyznę autora jego oczami, żeby poczuć ten niesamowity klimat panujący na kartach książki, by zachwycać się wspaniałą konstrukcją i językiem, który do takiej perfekcji doprowadził tłumacz, ale raczej nie zobaczymy na kartach tej powieści siebie. Dla mnie przeczytanie „Krótkiej historii…” było ogromną satysfakcją, bo to lektura niezwykle wymagająca, to z pewnością jedna z najbardziej wymagających książek, jakie czytałem, a rytm tej powieści sprawił, że dobrze się bawiłem. Nie przerażają mnie też brudne historie, które odzierają świat z jego jasnej strony, bo uważam, że ten świat taki właśnie jest – ale jeżeli kogoś stylistyka tego typu odrzuca, niech w ogóle się za tę książkę nie zabiera. To lektura dla bardzo wymagających i przygotowanych na to, co przeczytają, czytelników.

To już trzeci „Booker” z rzędu, który wydało dla polskich czytelników Wydawnictwo Literackie, i kolejna świetna książka w dorobku tego wydawnictwa. Moim zdaniem warto po nią sięgnąć i dać się porwać opowieści w rytmie reggae z niecierpliwością oczekując, aż wydawnictwo opublikuje książkę nagrodzoną Bookerem w tym roku – bo mam nadzieję, że tak się stanie! A jeśli chcecie jeszcze trochę posłuchać o Marlonie Jamesie i jego wcale-nie-takiej-krótkiej „Krótkiej historii siedmiu zabójstw”, zapraszam na FILM na kanale.





Za egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.


Do usłyszenia niebawem!