Oto subiektywny blog i videoblog literacki! Kto czyta, żyje podwójnie, więc dlaczego nie korzystać z tej szansy? Zapraszam na wspólną podróż do świata literatury! :)

poniedziałek, 22 lutego 2016

Fantastyczny Poniedziałek: "Kroniki wojen duszków" - Herbie Brennan [Recenzja 31.]

No i mamy kolejny Fantastyczny Poniedziałek! Jak ten czas leci! Dlatego dziś opowiem o książce – a właściwie całej serii książek, która od czasu  do czasu  pojawia się na moim kanale przy okazji różnych TAGów i zestawień, czyli „Kroniki wojen duszków” Herbie’ego Brennana. Cofniemy się do czasów mojej nastoletniej młodości i opowiem Wam, dlaczego lubię tę uroczą, magiczną opowieść – zapraszam. :)


Historia rozpoczęła się gdy Pyrgus, książę Krainy Duszków przeszedł przez magiczny portal do świata ludzi, aby ratować życie. Duszki Nocy zawiązały bowiem spisek przeciwko Purpurowemu  Cesarzowi: zamierzają strącić go z tronu  i przejąć władzę w Krainie. Coś jednak poszło nie tak i Pyrgus znalazł się w zupełnie innym miejscu, niż zamierzał… Tam znajduje go Henry, młody chłopak, którego rodzina właśnie się rozpada. Pyrgus będzie skazany na jego pomoc i chłopcy będą mu sieli razem ocalić Cesarza. Czy zdążą? Co knują Duszki Nocy? Kim są zdrajcy w pałacu ? Tego dowiecie się, sięgając po „Kroniki wojen duszków”.

Cała seria składa się z pięciu  tomów: „Wojny duszków”, „Purpurowy Cesarz”, Władca Krainy”, „Lord duszek” oraz piątego, napisanego po latach – „Wyprawa duszkoludka”. Możecie mi wierzyć, że mało jest serii, które tak trzymają poziom przez wszystkie tomy. No, może ostatni troszeczkę mniej mi się podobał, ale jak na kontynuację pisaną po latach jest dużo, dużo lepszy, niż można by się spodziewać. Co więcej – ta seria wciąga od pierwszej do ostatniej strony, wszystkie tomy, z pierwszym na czele, kryją mnóstwo zwrotów akcji, zaskakujących wydarzeń i świetną intrygę. Naprawdę nie ma się do czego przyczepić!


Trzeba też zwrócić u wagę na bohaterów, którzy zapadają w pamięć na lata. Mamy tu taj nie tylko ciekawe dobre postaci, jak Henry, Pyrgus, pan Fogarthy czy Holly Blue (rewelacyjna postać kobieca!), ale również prześwietnie wykreowane czarne charaktery z Silasem Brimstone’em i demonem Belethem na czele. To bohaterowie, których naprawdę na długo zapamiętujemy i chętnie wracamy do ich przygód, które pomijając, że są niezwykle wciągające, są też bardzo zabawne – te książki reklamowane są jako „cykl dla młodzieży” i elementy humorystyczne często się tu  pojawiają, więc naprawdę można się uśmiać!

No i właśnie, tak na koniec, jak to jest z tymi powieściami – dla młodzieży czy nie? Według mnie dla młodzieży zdecydowanie, ale nie tylko! Te książki mają to do siebie, że dobrze będą się przy nich bawić zarówno młodsi, jak i starsi – to książki zdecydowanie dla całej rodziny. Czasem wracam sobie do nich, mam swoje ulubione momenty, i nadal świetnie się bawię – mimo że od czasu , jak czytałem je po raz pierwszy, minęło już ponad dziesięć lat. Dlatego jeśli chcecie się pośmiać, dobrze bawić, i przepaść w Krainie Duszków na całe pięć tomów – sięgnijcie koniecznie po „Kroniki wojen duszków” – dobra zabawa gwarantowana! :)

Dzięki, że byliście ze mną w kolejny poniedziałek! Jeśli macie ochotę zobaczyć recenzję wideo, możecie kliknąć TUTAJ i przenieść się na mój kanał na YouTube :)

Do usłyszenia w następnych recenzjach! J. 


środa, 17 lutego 2016

"Gra pozorów" - Joanna Opiat-Bojarska - PREMIEROWO [Recenzja 30.]

Zapraszam na recenzję pierwszego z trzech kryminałów, o których opowiem Wam w najbliższym czasie. Tym razem przeniesiemy się do Poznania i przyjrzymy śledztwu w sprawie porwania pewnej pani psycholog. Zresztą, sami posłuchajcie. Przed Wami recenzja „Gry pozorów” Joanny Opiat-Bojarskiej, czyli powieści, która dzisiaj ma swoją premierę. Zapraszam! :)


Aleksandra Wilk jest psychologiem. Rok temu jej mąż został porwany i zamordowany, a nagranie z egzekucji obiegło całą Polskę. Okazuje się, że na Aleksandrę i dwójkę jej dzieci, Weronikę i Kubę czekają kolejne, jeszcze gorsze przejścia. Pani psycholog budzi się któregoś dnia w samochodzie i orientuje się, że nie było jej w domu aż tydzień. Niczego nie pamięta i wszystko wskazuje na to, że również została porwana, a dziwne esemesy zdają się to potwierdzać. Jakby Aleksandra miała mało problemów, jej szwagierka zaczyna kombinować i knuć przeciwko niej… Kto czyha na życie rodziny Wilków? Dlaczego chce im zaszkodzić? I czy Aleksandra zdoła go powstrzymać? Przekonacie się o tym, sięgając po „Grę pozorów”.

Dzisiejsza recenzja mogłaby być krótka i konkretna, bo „Gra pozorów” to naprawdę dobry, polski kryminał. Domyślam się jednak, że chcecie usłyszeć coś więcej? No cóż, moim zdaniem nie ulega wątpliwości, że najmocniejszym punktem tej powieści jest wartka akcja, która pędzi do przodu na łeb na szyję. Od „Gry pozorów” naprawdę trudno się oderwać! Do tego mamy interesującą, naprawdę wiarygodną intrygę. Joanna Opiat-Bojarska słynie z tego, że fabuły jej powieści mogłyby wydarzyć się naprawdę – tak samo jest i z tą. W dodatku Autorka w inteligentny sposób rozdaje karty i pozwala nam, czytelnikom, prowadzić własne śledztwo. Kto zabił? Kto porwał? Kto będzie następny? Jesteśmy wyprowadzani w pole średnio co kilkanaście stron, ale przecież o to w kryminałach chodzi, prawda?


W dodatku „Gra pozorów” to chyba najlepiej pasujący do treści tytuł, jaki widziałem. Naprawdę! To od pierwszej do ostatniej (do OSTATNIEJ!) strony jedna wielka gra, w którą zostaje wciągnięta Aleksandra, jej rodzina, policja i my na dokładkę. A to wielki plus! Zadowoleni będą również mieszkańcy Poznania, bo, tak jak mnie, prawdopodobnie spodoba im się fakt, że akcja rozgrywa się w Poznaniu. Zawsze to miło czytać o znajomych miejscach – ja na przykład mieszkam bardzo blisko miejsca, gdzie Aleksandra odebrała tajemniczy pierścionek w pewnym sklepie jubilerskim… :) Wiecie, że lubię takie książki.

Jedyne, co tak naprawdę nie powaliło mnie na kolana, to kreacja bohaterów – ani główna bohaterka, ani „ci źli”, to raczej nie są postaci, które zapamiętam na długo. Ale to absolutnie nie zmienia faktu, że powieść czytało się bardzo dobrze i z przyjemnością – i tu wracam do punktu wyjścia: „Gra pozorów” to bardzo dobry kryminał. „Tylko” i „aż”, bo wbrew pozorom o dobry kryminał naprawdę nie jest tak łatwo. Dlatego mam nadzieję, że sięgniecie po „Grę pozorów” i zaczytacie się w niej z taką samą przyjemnością, jak ja.

Jeżeli macie ochotę posłuchać recenzji w formie filmu, możecie kliknąć TUTAJ i przenieść się na mój kanał na YouTube.



Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Czwarta Strona.

Dzięki i do usłyszenia następnym razem! J.


poniedziałek, 8 lutego 2016

Fantastyczny Poniedziałek: "Dopóki nie zgasną gwiazdy" - Piotr Patykiewicz [Recenzja 29.]

Witajcie w kolejnym Fantastycznym Poniedziałku! Jak zapewne zauważyliście, bardzo rzadko na moim blogu odradzam przeczytanie jakiejś książki. Wynika to z faktu, że dokładnie wiem, co chcę przeczytać, i rzadko mi się zdarzają niemiłe zaskoczenia. Czasem jednak zdarzają się zaskoczenia przyjemne, gdy okazuje się, że książka daje mi o wiele więcej, niż od niej oczekiwałem. Tak właśnie było w przypadku powieści Piotra Patykiewicza „Dopóki nie zgasną gwiazdy”, która szybko stała się moją nową książkowa miłością! Dlaczego? Zapraszam do przeczytania recenzji. :)





Trzysta lat po Upadku na świecie panuje Lucyfer strącony na ziemię przez Boga. Jego błękitne Świetliki polują na nieostrożnych wędrowców. Ziemię skuła lodowa pokrywa, zasypał śnieg. Ludzie uciekli wysoko w góry, gdzie Świetliki nie mogą się dostać – a przynajmniej dotychczas nie mogły… W jednej z takich wiosek żyje Kacper, razem z rodziną i innymi mieszkańcami tocząc codzienną walkę o przetrwanie. Życie jednak rzuca go w nieznane, gdy jako Goniec musi przeprawić się trudną górską ścieżką do oddalonego o trzy dni drogi Krzywego Wierchu. Przeżycie poza granicami bezpiecznej wioski okaże się jeszcze trudniejsze, niż się chłopakowi wydawało – czego się jednak nie robi dla ukochanej osoby? Czy Kacper przetrwa trudną podróż? Co odnajdzie na Krzywym Wierchu? I kim, lub czym, jest tajemniczy Lucyfer? Będziecie musieli sami się o tym przekonać, czytając „Dopóki nie zgasną gwiazdy”.

Przyznam, że gdy poprosiłem o egzemplarz recenzencki tej książki, spodziewałem się czegoś zupełnie innego – w sumie nie wiem czego, po prostu czegoś innego. Dlatego przez pierwsza dwa, powiedzmy trzy rozdziały byłem nieco skołowany. A potem przepadłem absolutnie, przepadłem w tej świetnie poprowadzonej fabule i niezwykłym świecie, który stworzył Patykiewicz. To właśnie ten świat zasługuje na szczególną uwagę. Zimny, przerażający, mrożący krew w żyłach, a w dodatku cały czas gdzieś w tle przewijają się góry, co zawsze jest dodatkowym atutem. Świat po Upadku niewiele ma wspólnego z tymi zdegenerowanymi światami, które zazwyczaj spotykamy w powieściach post apo, to po prostu miejsce, w którym ludzie muszą nauczyć się żyć inaczej. Co ważne, wizja, którą serwuje nam Autor, wydała mi się przerażająco prawdopodobna, jest w tej historii coś niezwykłego, coś co bardzo mnie przejęło i bez reszty zajęło moje myśli.

Bohaterowie książki też nie pozostawiają wiele do życzenia. Zwłaszcza Kacper jest świetną postacią – realistyczną, prawdziwą. Nie jest ani superbohaterem, którego idée fixe jest uratować świat, ani miągwą, których tak bardzo nie lubię. To nastolatek postawiony przez dorosłych w obliczu wyzwań, który z poczucia obowiązku wkracza w paszczę lwa. Jest to postać dynamiczna, jego podróż i doświadczenia, przez które musi przejść, bardzo go zmieniają. O przygodach Kacpra świetnie się czyta, podobnie zresztą jak o losach jego przyjaciół i rodziny – są to dobrze skonstruowane, wielowymiarowe postacie. Gratulacje dla Autora!

„Dopóki nie zgasną gwiazdy” to nie tylko świetni bohaterowie i ciekawy świat, lecz także, a może przede wszystkim, przepiękna historia. Opowieść o dorastaniu i stawianiu czoła wyzwaniom dorosłości, o walce wiary z rozumem i o tym, do czego może doprowadzić fanatyzm. Autor przemyca w interesującej i łatwo przyswajalnej formie swoje przemyślenia na temat świata, zmian, jakie dokonują się w ludziach, i tego, dokąd zmierzamy jako ludzkość. Zastanawia się, gdzie przebiega granica między wiarą a racjonalnym myśleniem, jaką wartość w dzisiejszych czasach mają wiedza i książki, a jakie praktyka i doświadczenie. Jeśli jesteście ciekawi, co ma do powiedzenia na ten temat Piotr Patykiewicz, koniecznie sięgnijcie po jego „Dopóki nie zgasną gwiazdy” – mnie ta powieść niezwykle chwyciła za serce i poruszyła, a przy tym jest jednym z największych i najbardziej pozytywnych zaskoczeń książkowych, jakie  ostatnio przeżyłem. Wciąż nie mogę o niej zapomnieć! Gorąco polecam, bo coś czuję, że przez najbliższy czas będę Was nią jeszcze trochę katował! 

Jeżeli macie ochotę posłuchać tej recenzji w formie wideo, możecie oczywiście kliknąć TUTAJ, bo przenieść się na mojego vloga. :)



Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non.

Dzięki i do usłyszenia następnym razem, J.

niedziela, 7 lutego 2016

„Ostatnia arystokratka” + „Arystokratka w ukropie” - Evžen Boček [Recenzja 28.]

Dzień dobry w piękny, niedzielny dzień! Spędzimy go w iście arystokratycznym stylu, w najlepszym towarzystwie czeskiej szlachty… Wyruszamy razem do zamku na Kostce, do rodowej posiadłości rodziny Kostków, by przyjrzeć się ich codziennemu życiu, które, jak na życie wyższych sfer, absolutnie nie jest nudne… Zapraszam na recenzję „Ostatniej arystokratki” i „Arystokratki w ukropie” Evžena Bočka.



Kostkowie to rodzina jakich wiele – mieszkają w Nowym Jorku i prowadzą zwyczajne życie – do momentu, gdy nadchodzą wieści z Czech. Kostkowie odzyskują rodzinny majątek, zamek na Kostce, i z dnia na dzień muszą wywrócić swoje życie do góry nogami. Mary Kostka, która staje się hrabianką Marią Kostką, razem z rodzicami, przekarmionym kotem Carycą i zastępem skremowanych przodków upakowanych w opakowania po orzeszkach ziemnych staje progu nowego życia – u progu swojego nowego domu. Problem polega na tym, że to miejsce zupełnie nie przypomina pałacu Buckingham – jest zapuszczone, zaniedbane i „nieco” podniszczone, a w dodatku zamieszkuje je służba, której daleko do ideału. Jakby tego było mało, Kostkowie to bankruci, więc potrzebują gwałtownego napływu gotówki. Czy poradzą sobie w nowej sytuacji? Czy się w niej odnajdą? Jak opanują turystów, którzy tylko czyhają, by ogołocić zamek do ostatniej rolki papieru toaletowego? Przekonajcie się sami, sięgając po książki Evžena Bočka.

Co będę owijał w bawełnę, te książki absolutnie skradły moje serce, ubawiłem się niesamowicie, czytając je, a to wszystko za sprawą wspaniałego czeskiego humoru, którym powieści Bočka są wypełnione po brzegi. Przede wszystkim objawia się on w kreacji rewelacyjnych i niebanalnych bohaterów, z których każdy jest indywidualistą i patrzy na świat zupełnie inaczej. Pan hrabia na Kostce uwielbia liczyć pieniądze, choć za dużo ich nie ma, i zrobi wszystko, by to zmienić, hrabina ma totalną obsesję na punkcie duchów i księżnej Diany (i jej największym marzeniem jest spotkanie ich wszystkich na żywo, najlepiej jednocześnie…), kasztelan Józef najchętniej chodziłby całymi dniami w papciach i szlafroku, i wciąż narzeka na cały świat, pani Cicha, kucharka, jest wielką miłośniczką domowej orzechówki, co prowadzi do szeregu przezabawnych dialogów, a pan Spock to ogrodnik-hipochondryk, którego największą pasją jest siedzenie przy fortepianie w siatce na włosy i wygrywanie starych hitów Helenki Vondračkowej… Czy ja Was jeszcze nie przekonałem, że warto poznać tę rodzinę? W porządku, w takim razie jest jeszcze cudowna, wspaniała Deniska, moja ulubiona postać, która błyszczy przede wszystkim w drugim tomie, czyli w „Arystokratce w ukropie”. Nie opiszę Wam Deniski, bo nie umiem: powiem tylko, że jest MEGAPSYCHO – jak przeczytacie to zrozumiecie, ale wciąż śmieję się na głos na samą myśl o niej. :D


Warto dodać, że obie książki pisane są w formie pamiętnika naszej tytułowej arystokratki, czyli Marii. Hrabianka ma wspaniałe poczucie humoru i dar opowiadania, dzięki któremu możemy doskonale wczuć się w jej historię i zrozumieć problemy, które ma ze swoją arystokratyczną rodzinką. Warto też wspomnieć o tym, że Boček wspaniale oddaje realia postkomunistyczne w Czechach, a zderzenie amerykańskich oczekiwań Kostków z czeską rzeczywistością rzeczywiście daje do myślenia. Jeżeli do czegoś mógłbym się przyczepić, to jedynie do tego, że drugi tom podobał mi się odrobinę mniej – jest troszkę wtórny, sytuacje, żarty, zachowania wciąż się powtarzają, i nie było wielkiego „bum” jak przy czytaniu tomu pierwszego, kiedy płakałem ze śmiechu nie raz. Ale koniec końcu obie części trzymają poziom, a czytane jedna po drugiej złożyły się w rewelacyjną, przezabawną całość.

Absolutnie rozumiem, dlaczego w Czechach ta książka zrobiła furorę i szybko stała się bestsellerem! Powieści Bočka należą do tych, które trzeba przeczytać, i które warto mieć na półce by móc po nie sięgnąć w gorszym dniu, przy chandrze czy niepowodzeniach – przeczytacie fragment o tym, jak antenatka Marii zamiast kamienia filozoficznego wynalazła dynamit i wyleciała w powietrze z połową wieży, albo jak to Deniska po wyjęciu z twarzy piercingu wyglądała jak po postrzale śrutówką, i „dzień macie zrobiony”, jak to się teraz mówi. Gwarantuję! :D  

Jeżeli macie ochotę zapoznać się z moja nagrywaną nocą recenzją w formie video, zapraszam serdecznie! Oceńcie sami, czy po północy wciąż mówię w odcinkach z sensem! Kliknijcie TU. :) 







Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Stara Szkoła.


Dzięki i do usłyszenia w następnej recenzji! :) 

czwartek, 4 lutego 2016

"Playlist for the Dead" - Michelle Falkoff [Recenzja 27.]

Witam w kolejnej recenzji! Dziś znów, po „Aplikacji”, przyjrzymy się książce młodzieżowej, i znów za sprawą Wydawnictwa Feeria. Samobójstwa to temat, który ostatnio często pojawia się w literaturze Young Adult – jak poradziła sobie z nim Michelle Falkoff w powieści „Playlist for the Dead. Posłuchaj, a zrozumiesz”?  Zaraz Wam o tym opowiem, i… troszkę sobie dziś pomarudzę. ;)


Pewnego ranka Sam znajduje swojego najlepszego – i jedynego – przyjaciela, Haydena, martwego. Nie ma pojęcia, co skłoniło chłopaka do popełnienia samobójstwa, jedyną podpowiedzią jest tajemnicza karteczka z tajemniczą wiadomością: „Dla Sama – posłuchaj, a zrozumiesz” i dołączony do niej pendrive z równie tajemniczą składanką piosenek. Wyrzuty sumienia zaczynają przygniatać Sama, bo chłopak wie, że poprzedniego dnia między nim a Haydenem zdarzyło się coś bardzo złego. Jednak szybko okazuje się, że nie on jeden nosi w sobie poczucie winy... Jakie tajemnice skrywał Hayden? Kto jeszcze był zamieszany w całą tę sprawę? I co popchnęło chłopaka do popełnienia samobójstwa? Musicie sięgnąć po „Playlist for the Dead”, aby się przekonać.

Po pierwsze zacznijmy od tego, że książka mnie wciągnęła, nie mogę powiedzieć że nie – dwa dni i było po sprawie, więc czyta się ją z pewnością szybko – decyzję, czy to zawsze jest zaleta, pozostawiam Wam. :) Podobała mi się też kreacja głównego bohatera – Sam to z pewnością nastolatek z pewnymi problemami, jest introwertykiem, raczej nie należy do odważnych w kontaktach międzyludzkich, ma sprecyzowane zainteresowania, ale jest równocześnie przedstawiony bardzo zwyczajnie, „normalnie” – jest po prostu nastolatkiem, i to mi się podobało, bo uczyniło całą tę historię wiarygodniejszą. Podobnie Astrid, o której nie mogę zdradzić za dużo, żeby nie zaspoilerować Wam książki, jest sympatyczną postacią – nietuzinkowa dziewczyna z przeszłością i kilkoma twarzami… Ogólnie rzecz biorąc, bohaterowie na plus.


Natomiast jeśli chodzi o historię, to tutaj mam większy problem. Przez cały czas, gdy czytałem, miałem  głowie historię z innej książki, a mianowicie z „Trzynastu powodów” Jaya Ashera, którą swoją drogą serdecznie Wam polecam. Te historie są moim zdaniem niesamowicie do siebie podobne, z tym, że ta spisana przez Michele Falkoff jest moim zdaniem trochę zbyt przewidywalna. Szczerze mówiąc nie byłem zbyt zaskoczony, że skończyła się tak, jak się skończyła, i co więcej, skończyła się w sposób tak prosty, że… aż szkoda. Mam też pewne zastrzeżenia do wątku z samą playlistą – ona właściwie nie spełnia żadnej znaczącej roli! Jasne, w którymś rozdziale trochę podsuwa Samowi rozwiązanie zagadki, ale chłopak spokojnie poradziłby sobie i bez tego, więc nie bardzo rozumiem ten zabieg. Spodziewałem się, że piosenki będą prowadzić naszego bohatera, będą jakoś sprytnie i mądrze wplecione w fabułę i ostatecznie zadecydują o rozwiązaniu tajemnicy Haydena, a tu klapa, przyznam, że się trochę zawiodłem.   

Nie uważam, że książka jest zła, absolutnie nie. Ma mocne i słabe punkty, z których największym jest przewidywalność. Ale myślę też, że ponieważ pojawiło się tak wiele dobrych recenzji „Playlist for the Dead”, to raczej kwestia tego, że to pozycja nie do końca dla mnie. Ja, jako miłośnik mocnej literatury, byłbym bardziej zadowolony, jakby Sam został tam sponiewierany psychicznie, więc ta historia wydała mi się troszkę zbyt szara, zbyt  m d ł a. Bardzo prawdopodobne, że Wam się spodoba, a już prawie pewne, że spodoba się młodszym czytelnikom w wieku licealnym. Falkoff bez wątpienia porusza ważne teraz tematy jak samobójstwo, znęcanie się nad słabszymi czy homoseksualizm wśród młodzieży. Ja tematy szkolno-nastoletnie mam już za sobą, ale ci z Was, którzy wciąż chodzą do szkoły i są w wieku Sama i Haydena, na pewno odczytają tę powieść zupełnie inaczej. Więc podsumowując zachęcam Was oczywiście, żebyście sięgnęli po „Playlist for the Dead” i sami przekonali się, czy to pozycja dla Was ;)

Jeżeli macie ochotę posłuchać mojej recenzji w wersji filmowej, zapraszam na VLOGA.




Za udostępnienie książki do recenzji dziękuję Wydawnictwu Feeria Young.

Dzięki i do usłyszenia w kolejnej recenzji! :) J.    

poniedziałek, 1 lutego 2016

Fantastyczny Poniedziałek: "Sen nocy letniej" - William Shakespeare [Recenzja 26.]

Witam Was na początku kolejnego fantastycznego tygodnia! Przygotowałem dla Was coś niezwykłego, coś nowego na moim blogu  – ponieważ w następnych Fantastycznych Poniedziałkach zajmiemy się nowszymi pozycjami, dzisiaj znów sięgniemy do niezastąpionej klasyki. Ale do klasyki dramatu! Będzie magicznie i onirycznie, bo zabieram Was do świata ze „Snu nocy letniej” Shakespeare’a. Ta komedia to bez wątpienia jedna z najbardziej znanych sztuk Wielkiego Dramatopisarza. Niedawno usłyszałem, że skoro coś jest lekturą, wszyscy uważają, że to nuda nie warta czytania… Jeśli też tak myślicie, porzućcie na chwilę mroczną Lady Makbet i ponure „być albo nie być” Hamleta (tyko nie na zawsze!) i posłuchajcie posłuchajcie  n a p r a w d ę magicznej opowieści – może ktoś z Was jednak sięgnie po Shakespeare’a z własnej woli…? To byłby mój wielki sukces! :)   


  
Przenieśmy się do starożytnych Aten… Surowe prawo miasta zabrania młodej Hermii, zakochanej w Lizandrze, poślubić ukochanego, bo ojciec przeznaczył jej na męża innego mężczyznę – Demetriusza. Zakochani w sobie Hermia i Lizander pod osłony uciekają z miasta, by wziąć ślub poza Atenami. Miejscem spotkania jest ateński lasek, do którego podąża za ukochanymi zazdrosny Demetriusz, a z nim z kolei zakochana w mężczyźnie, ale odtrącona, piękna Helena. Wszystko być może by się udało, gdyby nie to, że znużeni kochankowie zapadają w sen, a las, choć za dnia zwyczajny, w nocy zmienia się w miejsce magiczne… Spotykają się tam elfy, a żądzą nimi Tytania i Oberon, władcy elfów. Magia, tajemne zaklęcia, i rozgniewane, zazdrosne elfy – co z tego wyniknie? O tym musicie się przekonać sięgając po „Sen nocy letniej”! :)

„Sen nocy letniej” to, obok „Burzy”, moja ulubiona sztuka Shakespeare’a. Przede wszystkim ze względu na magiczną aurę i tajemniczość, która unosi się wokół całego tego dramatu. Nie wiem czy wiecie, ale tytuł dramatu odwołuje się do nocy przesilenia letniego, którą poddani Elżbiety I, czyli ludzie współcześnie autorowi, obchodzili bardzo hucznie, oddając się zabawie graniczącej z szaleństwem. I taki właśnie jest „Sen nocy letniej”: pełen szaleństwa, obłędu niemalże, jest jak gorąca, duszna, letnia noc. Shakespeare tworzy światy na granicy snu i jawy, co do których nie jesteśmy nigdy pewni, czy istnieją naprawdę, czy to ułuda, czy sen… a może sprawka leśnych duchów? W lasku ateńskim żądzą niepojęte moce, które zabawiają się młodymi kochankami, a przez to i nami, czytelnikami… No właśnie, czytelnikami czy widzami?


Zazwyczaj przyjmuje się, że dramaty przeznaczone są do wystawienia na scenę, i dokładnie tak jest ze sztukami Shakespeare’a – jego kronik czy tragedii w większości nie czyta się łatwo, nie ukrywajmy. Ale jest wyjątek, i tym wyjątkiem jest właśnie „Sen nocy letniej”, bo niezwykłego wymiaru i magii tej sztuce nadaje także przepiękny poetycki język – niektórzy historycy teatru mówią nawet, że to dramat „niesceniczny” – do czytania, nie do oglądania. Przez tę sztukę po prostu się płynie, zwłaszcza jeśli dorwiemy wydanie w dobrym tłumaczeniu – ja oczywiście polecam JST, czyli Jedyne Słuszne Tłumaczenie Stanisława Barańczaka, ale bardzo piękny jest też tekst Gałczyńskiego – jeśli znajdziecie, polecam gorąco!

Ach, i muszę wspomnieć jeszcze o jednej rzeczy – „Sen nocy letniej” nie bez powodu zaliczany jest do komedii! W losy młodych kochanków wpleciony jest również inny wątek. Ateny przygotowują się bowiem do ceremonii zaślubin księcia Tezeusza, i z tej okazji ateńscy robotnicy mają wystawić sztukę teatralną – znany zabieg w dramatach Shakespeare’a, jednak w przeciwieństwie do przedstawienia zaaranżowanego przez Hamleta, to tutaj jest przezabawne. Na miejsce prób trupa przebierańców wybiera, rzecz jasna, ateński lasek, więc i im magia elfów zaczyna mieszać w głowach, prowadząc do szeregu przezabawnych sytuacji. Można się nieźle uśmiać i ubawić, więc polecam gorąco „Sen nocy letniej” również ze względu na ten wątek.

Podsumowując – Shakespeare nas zupełnie czaruje. Zabiera do świata snów i marzeń, zapiera dech magią, porywa z szarej rzeczywistości. Tak jak bawi się swoimi bohaterami, tak bawi się i nami. Igra z najśmielszymi ludzkimi marzeniami, obnaża nasze słabości i drwi z nich, tak jak drwi z naszego życia – bo czyż i ono tak często nie wydaje nam się jak sen, nierealne? Bohaterowie tego dramatu to niezwykle dynamiczne postaci, które zmieniają się bardzo w trakcie trwania akcji – za sprawą magii, elfów i sennych urojeń. A wszystko to owiane jest tajemniczością i oniryzmem. Coś pięknego, ta sztuka wciąga jak najlepsza fantastyka! Kto powiedział, że fantasy to jedynie wielotomowe sagi, których akcja dzieje się w zmyślonych światach, a bohaterowie mają imiona o co najmniej sześciu sylabach? Czasem można odkryć najlepsze fantasy nawet w klasyce. :) Więc mam nadzieję, że choć trochę Was zaciekawiłem i zachęciłem do sięgnięcia po Shakespeare’a, i że zdarłem z niego łatkę „nudnej lektury”.

Jeśli macie ochotę posłuchać mojej recenzji w formie wideo, zapraszam na VLOGA.




Życzę Wam fantastycznego tygodnia i do usłyszenia w następnych recenzjach – J. 

niedziela, 31 stycznia 2016

Czytelnicze podsumowanie stycznia 2016

No i pierwszy miesiąc nowego roku – który już nie jest nowy – za nami, i czas go podsumować. Dla mnie to był przede wszystkim miesiąc niezwykle pracowity, ale i bardzo zaczytany, bo przeczytałem aż dziewięć książek! Sam nie wiem, kiedy zdążyłem to zrobić. :D Z ciekawszych wydarzeń w styczniu rozpocząłem na kanale nową serię – Fantastyczne Poniedziałki – którą przyjęliście bardzo, bardzo dobrze, za co ogromnie Wam dziękuję! W połowie miesiąca mieliśmy aż dwie gorące premiery, czyli dwie nowe książki Remigiusza Mroza – „Głębię osobliwości” i „Przewieszenie”. Dodatkowo na blogu pojawił się w tym tygodniu nowy post o zapowiedziach wydawniczych na luty – jeśli jeszcze go nie czytaliście, zapraszam TUTAJ. :) W końcu namówiliście mnie też na założenie konta na Goodreads – jeśli macie ochotę śledzić na bieżąco, jak idzie my czytanie, i czy dają radę w rocznym wyzwaniu – zapraszam TU. W styczniu blog otrzymał również nowe logo i szatę graficzną, dzięki czemu jest przejrzyście i przyjemnie. :) Ale teraz przejdźmy już do najważniejszego – jakie książki przeczytałem w styczniu?

Przeczytane w tym miesiącu 




Remigiusz Mróz „Parabellum. Horyzont zdarzeń” i „Parabellum. Głębia osobliwości”

Dwie części wspaniałego, trzytomowego cyklu, w którym bracia Zaniewscy, Maria, kapitan Obelt i Christian Leitner zmagają się z wojenną zawieruchą. Dobrze skonstruowane postaci, wciągająca fabuła, i zakończenie przyprawiające o drżenie serca – to definicja tego cyklu. Gorąco Wam polecam, a z moją recenzją możecie zapoznać się na VLOGU lub BLOGU.





Remigiusz Mróz „Ekspozycja” i „Przewieszenie”

Dwie pierwsze części trylogii z komisarzem Forstem, której zakończenie ma mieć premierę jeszcze tego lata. W mojej skromnej opinii najlepsze powieści Mroza, jakie dotąd czytałem – wartka akcja, zabójstwo goni zabójstwo, a na końcu każdego tomu czeka na nas absolutnie niespodziewana niespodzianka. W tle cały czas polskie Tatry i duchy z przeszłości. No i Forst, czyli nasz polski Harry Hole. Coś rewelacyjnego. Moja recenzja na VLOGU i BLOGU oczywiście na Was czeka, jeśli jeszcze jej nie znacie!






G.R.R. Martin „Piaseczniki”

Ta nowelka to dzieło autora „Gry o tron” napisane jeszcze w latach 80.. Historia Simona Kressa, jednego z najbardziej egoistycznych, nieprzyjemnych bohaterów literackich jakich znam, i jego nowych, domowych zwierzaczków, z których postanowił uczynić niewolników. Obraz władzy totalitarnej  i społeczeństwa uciskanego przez tyrana. Gorąco polecam! Recenzja ukazała się w ramach Fantastycznych Poniedziałków – na BLOGU i VLOGU :).







Amish „Nieśmiertelni z Meluhy”

Fantasy aż z dalekich Indii! Autor zabawił się hinduską mitologią i wierzeniami, by stworzyć intrygującą opowieść o Śiwie – jednym z hinduskich bóstw. Ksiązka może nie idealna, ale fanom hinduskiej kultury – i nie tylko – powinna się spodobać. Barwni bohaterowie, nieprzewidywalna fabuła – taką fantastykę lubimy. Recenzja do posłuchania na VLOGU i do poczytania na BLOGU





Lauren Miller „Aplikacja”

Pierwsza od dawna książka Young Adult, którą przeczytałem, i moje bardzo pozytywne zakończenie. Mimo, że ta opowieść raczej skierowana jest do młodszych czytelników, bawiłem się całkiem dobrze, bo fabuła wciągnęła mnie mimo wszystko. Jeśli jesteście ciekawi, jakie tajemnice skrywa Akademia Theden, sięgnijcie po te powieść, ale najpierw posłuchajcie mojej recenzji – na VLOGU i BLOGU.




Evžen Boček „Ostatnia arystokratka”

Z okazji premiery tomu drugiego i we współpracy z Wydawnictwem Stara Szkoła, sięgnąłem w końcu po „Ostatnią arystokratkę” – i zaręczam Wam, że to jedna z lepszych książek, jakie ostatnio czytałem. Opowiem Wam o niej w tym tygodniu, ale już teraz mogę zdradzić, że to jak pigułka szczęścia, że to powieść, przy której nie możemy przestać się śmiać. Coś wspaniałego na ponure dni – i nie tylko!







Michelle Falkoff „Playlist for the Dead. Posłuchaj, a zrozumiesz.”

Miesiąc zakończyłem również książka młodzieżową, która juz nie zrobiła na mnie tak dobrego wrażenia, jak “Aplikacja”. Opowiem Wam w tym tygodniu, ale troszkę sobie ponarzekam na przewidywalność fabuły i takie tam… Zresztą sami zobaczycie. Młodszym czytelnikom powinna się spodobać, starszych – odsyłam raczej do innych książek. :)





Dodatkowo w tym miesiącu pojawiły się jeszcze dwie recenzje w ramach serii Fantastyczne Poniedziałki. Po pierwsze opowiedziałem Wam w końcu o mojej ukochanej serii, o książkach mojego życia, czyli o „Sadze wiedźmińskiej” Andrzeja Sapkowskiego. Jeżeli jeszcze nie znacie mojej entuzjastycznej recenzji i nie wiecie, czy sięgać po te książki, to gorąco Was zapraszam do wysłuchania jej na VLOGU lub przeczytania na BLOGU. Kilka osób już kupiło przeze mnie „Wiedźmina”, więc myślę, że warto… :D

Po drugie ruszyła akcja #CzytamTolkiena2016 (więcej informacji w zakładce „Wyzwania 2016”!), i dlatego w ostatni poniedziałek zabrałem Was po raz pierwszy do Śródziemia i opowiedziałem o Silmarillionie – jednej z najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w 2015 roku. Zapraszam na VLOGA i BLOGA.

Podsumowując, doliczywszy jeszcze 200 stron „Turnieju cieni”, który już powoli kończę, oraz jedno opowiadanie Stephena Kinga z nowego zbioru, przeczytałem w tym miesiącu aż 3695 stron, z czego jestem naprawdę dumny! :)

Ach, no i pojawił się jeden TAG – 2016 BOOK TAG – który możecie obejrzeć TUTAJ :)

Book haul, czyli co do mnie przybyło

W tym miesiącu nie jest aż tak źle, bo coś koło dwudziestu książek… ja sam zamówiłem dwie paczuszki, których unboxing może podejrzeć TUTAJ. Przyszły w nich takie pyszności jak trylogia „Z mgły zrodzonego” Brandona Sandersona czy „Ścieżki północy” Richarda Flanagana. Jeśli chodzi o książki recenzenckie, to perełkami były zdecydowanie „Przewieszenie” Mroza od Wydawnictwa Filia i najnowsza część „Ostatniej arystokratki” od Wydawnictwa Stara Szkoła. Pełen book haul zobaczycie oczywiście w filmiku, więc do niego zapraszam. :) 

TBR, czyli zapowiedzi na luty

Luty mam wyjątkowo dobrze zaplanowany, wszystko składa się w zgrabną całość. Juto oczywiście Fantastyczny Poniedziałek i przygotowałem Wam coś, czego chyba nikt się nie spodziewał! Mam nadzieję, że się spodoba. :) W tym tygodniu zobaczycie również recenzje „Playlist for the Dead” oraz „Ostatniej arystokratki” i „Arystokratki w ukropie”. Natomiast w przyszłym tygodniu – mam nadzieję, że już w przyszłym! – na moim kanale ukaże się Bookshelf tour, tak przez Was oczekiwany – w trzech odcinkach. Mam nadzieję, że to się uda. Co będzie później zobaczymy, ale co mogę obiecać, to „Turniej cieni” – na pewno skończę go w przeciągu paru dni i Wam o nim opowiem! :)

Jeśli macie obejrzeć podsumowanie miesiąca w formie filmu, to zapraszam Was TUTAJ.



Dziękuję Wam za kolejny wspólnie spędzony miesiąc i do usłyszenia w lutym! J.